Chcesz być na bieżąco? Zapisz się do naszego newslettera


Historia pałacu

 

Czas czytania: ~23 min


Pałac Kultury i Nauki - historia budowy

 

Hq1ufpDIb5OrwmGtEtvtlTHQ0YU20KnCZkwXeQ96NLS3duhGCci7cfbxU987_palac.jpg
Historia pałacu Kiedy w połowie lat 90. inżynier Georgij Arkadijewicz Karawajew dowiedział się, że Pałac Kultury popada w ruinę, postanowił osobiście sprawdzić jego stan. Obejrzał kondygnację po kondygnacji, potem uklęknął przed ówczesnym dyrektorem pałacu i powiedział: - Dziękuję, towarzyszu, że tak o niego dbacie. "No cóż, owszem" - miał powiedzieć 2 lipca 1951 r. Józef Sigalin, naczelny architekt Warszawy. Oprowadzał akurat po mieście ministra spraw zagranicznych ZSRR Wiaczesława Mołotowa, gdy ten zapytał: "A jak byście widzieli w Warszawie taki wieżowiec jak u nas?". W tej rozmowie nie było miejsca na prowizorkę. W przeddzień spaceru z Mołotowem architekt został pouczony, że gość "znienacka" zaproponuje wybudowanie w Warszawie Pałacu Kultury i Nauki. Miał ustosunkować się pozytywnie i nie wdawać w szczegóły. Swą zdawkową zgodą Sigalin dał początek trwającej już od ponad pół wieku ogólnonarodowej dyskusji o meandrach architektury i polityki. Żadna bryła w naszej historii nie wzbudziła tak gorących uczuć. Od miłości po nienawiść. Od uznania po wzgardę. Gdy po okresie rozbiorów Polska odzyskała niepodległość, spontaniczną reakcją mieszkańców Warszawy było rozebranie postawionego po powstaniu styczniowym na placu Saskim ogromnego soboru Aleksandryjskiego, symbolu carskiego panowania. W ten sam sposób - korygując najnowszą historię - postąpili niedawno Niemcy, burząc na berlińskim placu Alexandra zbudowane w latach siedemdziesiątych proste, modernistyczne pudełko - Pałac Republiki. Batalia o przyszłość budynku traktowanego jako symbol NRD trwała dziesięć lat. Zakończyła się klęską tych, którzy przekonywali, że pałac ma wartość architektoniczną i nie jest dobrym pomysłem wzniesienie na jego miejscu atrapy pałacu królów pruskich. W dodatku nawiązującej do historii pruskiego imperializmu, o którym Niemcy woleliby zapomnieć. Warszawski Pałac Kultury i Nauki od kilku dni jest już zabytkiem - jak Wawel, Wilanów, zamek w Malborku. Zburzenie już mu nie grozi. Konieczność historyczna Trudno dziś odgadnąć, ile w zdawkowym "no cóż, owszem" Sigalina było rezygnacji, ile zaś aprobaty dla narzuconego pomysłu. Gdy bowiem przyszło do wyboru polskiego pełnomocnika ds. budowy pałacu, Sigalin kategorycznie odmówił Bierutowi przyjęcia tej funkcji. Ale władza nie uwzględniła jego sprzeciwu. Gdy jednak przyszło do wyznaczania wysokości obiektu - samolot ciągnął za sobą balon, a architekci z dołu obserwowali, czy wystarczająco zanurza się w chmurach - to właśnie Sigalin miał krzyczeć: "Wyżej, wyżej!". To oznaczało, że pałac przybierze niebotyczne rozmiary, zwłaszcza na tle wszechobecnych ruin stolicy. I przybrał: "Uważaj, to nie chmury, to Pałac Kultury" - śpiewały w latach 90. Elektryczne Gitary. Sigalin, architekt i urbanista urodzony w Warszawie w 1909 r., niewątpliwe odcisnął swoje piętno na rodzinnym mieście. Wytyczał pierwszy plan generalny powojennej Warszawy, współtworzył Trasę W-Z z mostem Śląsko-Dąbrowskim, Trasę Łazienkowską, Mariensztat oraz place Defilad, Konstytucji i Zamkowy. Był faktycznym twórcą Biura Odbudowy Stolicy. Wiedział, że zgoda na dar Związku Radzieckiego jest koniecznością historyczną. Wyzierający z każdego szczegółu Pałacu Kultury socrealizm dla jego kolegów, architektów wychowanych w kanonie modernistycznym, był nie do zaakceptowania. - Cały XX wiek to konsekwentne dążenie do maksymalnej funkcjonalności i upraszczania. Socrealizm, ze swoją pompą wulgarną niekiedy ornamentyką, był i jest dla wyznawców modernizmu torsją, ślepą uliczką historii architektury, czymś, co nie powinno się zdarzyć - mówi Grzegorz Piątek, redaktor merytoryczny miesięcznika "Architektura-murator". Symbol zniewolenia W roku, w którym zapadła decyzja o budowie pałacu, władza ludowa w błyskawicznym tempie przeorywała oblicze odbudowywanej Warszawy. Na dawnym placu Bankowym prężył się już gotów do odsłonięcia pomnik Feliksa Dzierżyńskiego, spod rusztowań w Alejach Jerozolimskich wychylały się nowoczesne konstrukcje Centralnego Domu Towarowego. Czekały na uroczyste przecięcie coraz to nowe wstęgi. Jednak Pałac Kultury i Nauki im. Józefa Stalina był najważniejszy. W historii dyplomacji zdarzają się cenne podarki. Statua Wolności, czyli Wolność opromieniająca świat - posąg stojący u wejścia do portu w Nowym Jorku - to prezent od Francuzów w stulecie przyjęcia deklaracji niepodległości. Statua stała się symbolem wolnej Ameryki, znalazła się na liście UNESCO jako pomnik światowego dziedzictwa kultury. Pałac podarowany Polsce przez Stalina miał być symbolem zniewolenia. Dla warszawiaków i przyjezdnych, którzy miasto podnosili z ruin, był prowokacją. W ten sposób w samym centrum stolicy Polski architektura splotła się z historią. Oficjalnie dar Związku Radzieckiego wywoływał euforię. "Że za nic?... że jako dowód i wyraz przyjaźni?... po to, żeby bratniemu narodowi pomóc? Kroniki dyplomacji nie znały takich wartości" - cieszył się Karol Małcużyński. Olbrzymie zainteresowanie budową pałacu wyrażały nawet dzieci. Oprawione w płótno księgi wycinków prasowych z tamtych lat pełne są zdjęć dźwigów i doniesień z placu budowy. Mieszkańcy internatu Młody Las w Toruniu pisali do robotników komsomolców: "Drodzy Towarzysze! Śledzimy z ogromnym zainteresowaniem Waszą pracę i osiągnięcia przy budowie potężnego gmachu daru narodu radzieckiego dla narodu polskiego. Staramy się, wzorując się na Waszych osiągnięciach, pracować jeszcze wydatniej niż dotychczas na odcinkach pracy szkolnej celem szybszego zbudowania socjalizmu w naszym kraju". Poeci ruszyli do piór. "Szybko wzrasta jak kwiat kamienny na klombie miasta" - pisał młody talent Roman Pisarski. Z kolei uznany autor Jan Brzechwa wyrażał nadzieję: "Będzie piął się wysoko do góry/ Tam gdzie ptaki, obłoki i chmury/ Dar przyjaźni nasz Pałac Kultury". Ale obudowanym kolosie nie powstała wówczas żadna popularna, wpadająca w ucho piosenka. Budowano go więc w takt melodii o Mariensztacie czy historii o czerwonym autobusie mknącym ulicami miasta. Do zaprojektowania prezentu Stalin oddelegował Lwa Rudniewa, drobnego mężczyznę z charakterystyczną, stylizowaną na Lenina bródką i wiecznie przekrzywioną muszką. Rudniew był absolwentem renomowanej Petersburskiej Akademii Sztuk Pięknych, człowiekiem obytym w świecie. Wiele podróżował po Włoszech, zanim przeszedł na służbę nowej władzy i zaprojektował pomnik ku czci bohaterów rewolucji na Polu Marsowym. Jego dziełem jest monumentalny neorenesansowy budynek administracji w Baku i znana bryła Uniwersytetu im. Łomonosowa na Wzgórzach Leninowskich, na której kształcie miała być wzorowana warszawska budowla. Pałac Kultury stanowił jego ostatnie dzieło, zmarł rok po jego otwarciu. Podczas budowy Pałacu zginęło szesnaście osób, w tym dwójkadzieci, którym rusztowanie zawaliło się na głowę. Ich grobami na cmentarzu prawosławnym na Woli opiekują się pracownicy pałacu. Radzieccy budowniczowie mieli do budynku stosunek rodzicielski, a do pracowników braterski. Przyjeżdżali na kolejne okrągłe urodziny pałacu. Rytuał był ustalony: akademia w Sali Kongresowej, na scenie Mazowsze, Mira Zimińska-Sygietyńska w lewej loży (oglądała każdy występ swojego zespołu), potem uroczysty obiad w restauracji Kongresowa z tryskającą na środku fontanną. Już po oficjałkach towarzysze, z butelkami moskowskiej i Stolicznej, których szyjki wystawały z kieszeni spodni i marynarek, przemykali do piwnic. Tam w biesiadnej atmosferze z szeregowymi robotnikami pałacu umacniali przyjaźń polsko-radziecką. Georgij Arkadijewicz Karawajew, radziecki pełnomocnik ds. budowy pałacu, napisał o nim książkę "Narodziny wysokościowca". Na początku lat 90. silnie przeżywał doniesienia rosyjskiej prasy o tym, że budynek popadł w ruinę. W 1994 r. ówczesna minister Barbara Blida zaprosiła go więc na wizytację. Gdy zdjął płaszcz, gospodarzom ukazał się garnitur pełen baretek, z Orderem Budowniczych Polski Ludowej i Polonia Restituta włącznie. Budynek obejrzał dokładnie, kondygnacja po kondygnacji, a po wizytacji piwnic, całkowicie już uspokojony, ukląkł przed ówczesnym dyrektorem pałacu i powiedział: - Dziękuję, towarzyszu, że tak o ten budynek dbacie. Podczas wizyty na grobach radzieckich budowniczych spisał dokładnie ich imiona i nazwiska. - Zanim odejdę, chcę powiadomić ich rodziny, że tu mają groby - powiedział. Czy zdążył? Nie wiadomo. Kilka miesięcy później zmarł w swoim moskiewskim mieszkaniu na atak serca. Na datę otwarcia monumentalnego dzieła władze wybrały 22 lipca, Święto Odrodzenia Polski. Kronikarka pałacu Zofia Szczubełek do dziś trzyma w szufladzie pozłacane nożyczki niemieckiej firmy Tolle, którymi przecinano wstęgę. Równolatkiem pałacu jest Stadion Dziesięciolecia na warszawskiej Pradze, zbudowany na gruzach stolicy. Los obszedł się z nim brutalniej. Korona stadionu służy dziś za teren działania bazaru Europa. Pierwszy chrzest bojowy budynek przeszedł już w dziesięć dni po otwarciu, podczas V Światowego Festiwalu Młodzieży i Studentów. Na Mokotowie powstało miasteczko namiotowe, w pałacu odbywały się imprezy. Zapanował szał na plastikowe paski i chustki z flagami państw, z których pochodzili uczestnicy. Wielką atrakcję stanowili goście z Afryki - w Warszawie nikt jeszcze tylu czarnoskórych nie widział. Świadek historii Po roku, w październiku 1956 r., pałac był świadkiem politycznych przemian. Z trybuny honorowej czmychał niespostrzeżenie marszałek Konstanty Rokossowski. Wypuszczony z więzienia Władysław Gomułka przemawiał na wypełnionym ludźmi placu Defilad. W pewnym momencie tłum chciał się wedrzeć do pałacu, w którym był radiowęzeł. Służby wsparły potężne drzwi dębowymi ławami. Tak zabezpieczone odparły jedyny w historii budynku szturm. Pałacowe służby przeszkolone były zresztą na każdą okoliczność. Zespół - wartownicy, obsługa sal, elektrycy i hydraulicy, nawet ciecie - składał się w większości z zaufanych partyjnych towarzyszy. Władza zdawała sobie sprawę, że symbol prowokuje, by w niego uderzyć. Pierwszym dyrektorem pałacu został Stanisław Barszczewski, który z armią Berlinga przeszedł szlak od Lenino po Berlin. Był entuzjastą budynku, pałac wciągnął go tak bardzo, że potrafił w środku nocy wpaść, by osobiście wszystkiego doglądnąć. To on zatrudnił tu Hannę Szczubełek, która obok zwykłych obowiązków w biurze administracyjno-prawnym otrzymała dodatkowe zadanie - tworzenie kroniki budynku. Dziś zamknięte w sejfie na 15. piętrze pożółkłe karty czerwonej wielkiej księgi kryją wykaligrafowaną wydarzenie po wydarzeniu historię budynku, którą Szczubełek, córka obrońcy Fortu Czerniakowskiego w powstaniu warszawskim, pisze od czterdziestu sześciu lat. Szczubełek raz naraziła się władzy, gdy w 1961 r. - po obchodach 22 lipca - pocięła wiszący na pałacu olbrzymi transparent z Leninem. Motywacja była prozaiczna - wódz rewolucji zasłaniał urzędnikom światło i dostęp do świeżego powietrza. Szczubełek w ciągu 15 minut została zabrana na przesłuchanie. Przed uznaniem za sabotażystkę obronił ją właśnie Barszczewski. Choć pałac uznano z czasem za świecką świątynię, duch miejsca nie był łaskawy dla nowych bohaterów. W 1963 r. ogromna, prawie tysiącmetrowa sala im. Feliksa Dzierżyńskiego spaliła się do gołej cegły. Mówiono wtedy, że to historia wymierzyła sprawiedliwość krwawemu Felkowi. W czerwonej scenerii Sali Kongresowej odbywały się zjazdy Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Od trzeciego w 1956 r. po ten z roku 1990, najbardziej pamiętny, na którym PZPR się rozwiązała i padło hasło: "sztandar wyprowadzić". Gdy do pałacu ściągał aktyw partyjny, pracownicy dostawali polecenie pozostawania na swoich piętrach. - O tym, co się u nas działo, dowiadywaliśmy się najpierw z radia, potem z telewizji - mówi Szczubełek. O dostosowywaniu pomieszczeń na potrzeby partyjnych dygnitarzy zawsze krążyły legendy. Mówiło się o przepychu przyległego do Sali Kongresowej saloniku zwanego Breżniewówką, choć I sekretarz KC KPZR Leonid Breżniew przebywał w nim może raz i nic nie wiadomo o tym, by akurat ten pokój sobie upodobał. Władza - na czas pochodów pierwszomajowych - dysponowała także wybudowaną przed pałacem trybuną honorową. Wejście przykryte było płytami chodnika i żelazną klapą. Wewnątrz - salonik wypoczynkowy wyłożony boazerią w różyczki, kuchenka, łazienka. Tu można było zejść na chwilę, posilić się, pokrzepić koniaczkiem. Już kilka tygodni przed pochodem pomieszczenia wietrzyła Nadwiślańska Jednostka Wojskowa. Wysiłki polskiego oręża przegrywały jednak z zapachem stęchlizny. Legenda o wszechpotężnej władzy przebywającej w pałacu z czasem przeniosła się na sam gmach. Zdarzało się, że ludzie pisali do niego listy jak do instancji ostatecznej, ale zarazem serdecznej i bliskiej. "Kochany Pałacu" - tytułowali. Gmach jednak nie odpowiadał. Był jednak centrum wydarzeń kulturalnych rozjaśniających szarą peerelowską rzeczywistość. I oferował wiele atrakcji. To tu śpiewali Marlena Dietrich, Jan Kiepura, Yves Montand, a Paul Anka zszedł ze sceny na wieść o zamachu na prezydenta Kennedy'ego. Tu w 1967 r. występowali Rolling Stonesi. Dla wycieczek, które przyjeżdżały zwiedzać stolicę, zwiedzanie Pałacu Kultury stanowiło żelazny punkt programu. Turystów zawsze przyciągał taras widokowy. Choć Rudniew zaplanował tu kawiarnię Pod Iglicą, władze postanowiły zarabiać na panoramie miasta. Do lat osiemdziesiątych, póki nie zainstalowano na nim zabezpieczeń, taras służył desperatom do popełniania spektakularnych samobójstw. Pierwszy był pewien Francuz, który miał do dyspozycji wieżę Eiffla, a wybrał nasz pałac. Ostatnią ofiarą tarasu był młody naukowiec z PAN wyrzucony z pracy w stanie wojennym za związki z podziemną "Solidarnością". W burzliwe lata 80. pałac wkroczył jako świadek historii. 13 grudnia stan wojenny zaskoczył tu uczestników pamiętnego Kongresu Kultury Polskiej. Na klatkach schodowych pojawili się żołnierze z kałasznikowami. W 1987 r. budowla planowana jako świecka świątynia posłużyła za prawdziwy ołtarz. Podczas warszawskiej mszy św. z Janem Pawłem II plac Defilad i przyległe do niego ulice nie widziały nigdy większych tłumów. Ikona kapitalizmu Po roku 1989 r., gdy przyjaźń między bratnimi narodami polskim i radzieckim się zakończyła, z holu głównego pałacu zniknęła nagle rzeźba z brązu Aliny Szaposznikow przedstawiająca dwóch budowniczych Pałacu Kultury - Polaka i obywatela radzieckiego z flagą w ręku. Plotka głosi, że brąz został sprzedany w cenie złomu jednemu z biznesmenów. Wyryty w piaskowcu nad głównym wejściem napis "Pałac Kultury i Nauki im. Józefa Stalina" z początku brutalnie przykryła blacha. Teraz dyskretnie przysłania go neon. Socjalistyczny pałac wtopił się w gospodarkę rynkową. Pojawiły się nawet pomysły prywatyzacji. Do zarządu zgłosił się John Kowalczyk, rzekomy milioner z Ameryki, który rozbudził nadzieje, że zainwestuje w budowlę dolary. Milioner zniknął, właścicielem nadal jest miasto stołeczne Warszawa na spółkę ze Skarbem Państwa, a o sprzedaży pałacu nikt już poważnie nie myśli. Realnym problemem są za to roszczenia byłych właścicieli kamienic, na gruzach których powstał pałac i cały plac Defilad. Mało kto bowiem już pamięta, że przed wojną była tu normalna, zwarta zabudowa miejska - przebiegała tędy m.in. słynna warszawska ul. Chmielna. Za to coraz to inni przewijają się przez pałac lokatorzy. - Przekrój socjologiczny bardzo się zmienił - mówi Szczubełek. Kiedyś byli to przeważnie urzędnicy i pracownicy naukowi. Swoje siedziby miały tutaj Polska Akademia Nauk, Pen Club, Urząd Energetyki Atomowej, Wieczorny Uniwersytet Marksizmu i Leninizmu czy Towarzystwo Wiedzy Powszechnej. Kilka pięter zajmował Uniwersytet Warszawski. Dziś poza uczelniami i PAN urzęduje tu Rada Miasta, banki, szkoły tańca, centra medyczne, prywatne firmy. Od początku lat 90. architekci snuli coraz śmielsze wizje unicestwienia pałacu. Czesław Bielecki proponował, by w bryłę od strony Alej Jerozolimskich - w miejscu Muzeum Techniki - wbić rodzaj klina, w którym miejsce znalazłby Socland, prześmiewcze muzeum komunizmu. Ogłoszony w połowie lat 90. międzynarodowy konkurs architektoniczny wygrała praca, która przewidywała postawienie wokół pałacu drapaczy chmur, które zminimalizowałyby w ten sposób oddziaływanie tworu Stalina na stolicę. A sam pałac, czekając na decyzję, uwolnił się od historycznych konotacji. Dla młodych stał się symbolem popkultury. Przed kilkoma dniami był nawet bohaterem skandalu, gdy słynna amerykańska sieć restauracji Hard Rock Cafe w akcji promującej swój pierwszy lokal w Europie Środkowo-Wschodniej wykorzystała jego stylizowany wizerunek wpisany w tło gitary. Zgodnie ze strategią firmy każda z jej 124 restauracji ma własne logo nawiązujące do miasta, w którym ma siedzibę. Okazało się, że Warszawa kojarzy się najbardziej właśnie z pałacem. Agnieszka Rybak, Rzeczpospolita PKiN od tygodnia jest już zabytkiem. Poznaj jego tajemnice i sam zdecyduj, czy na to zasługuje. Nie ma już Stalina, nie ma Związku Radzieckiego, a Pałac Kultury i Nauki właśnie wpisano na listę zabytków. – Można powiedzieć, że dokonało się symboliczne zamknięcie pewnej epoki – mówi Maciej Czeredys, zastępca mazowieckiego konserwatora zabytków, który z PKiN zrobił zabytek. Dla zagorzałych przeciwników komuny ta decyzja to cios zadany szpikulcowatym narzędziem. – „Pekin” podarował nam stalinowski najeźdźca. Budynek jest najwyższy, nie żeby zachwycać, ale przytłaczać i przypominać, kto tu rządzi. Dlaczego mamy go teraz chronić za nasze pieniądze? – pyta Czesław Bielecki, architekt i pomysłodawca przełamania hegemonii gmachu poprzez dobudowanie w miejscu obecnego Muzeum Techniki wieży wyższej od pałacu. Anna Fedorowicz, żona satyryka Jacka Fedorowicza, chciała odczarować zmory przeszłości, tworząc w Pałacu SocLand. Coś w stylu muzeum komunizmu. Rzecz na tyle nieprzyjemną, żeby wzdychający za komuną mogli odświeżyć wspomnienia. A jednocześnie edukacyjną dla tych, których ominęła wątpliwa przyjemność uczestniczenia w komunistycznym eksperymencie. Idea narodziła się na urodzinach u państwa Wajdów, którzy pomysłowi przyklasnęli i też się zaangażowali. Po latach starań i zabiegów projekt właściwie przepadł, mimo że Lech Kaczyński, kiedy był prezydentem Warszawy, obiecywał jego realizację. Pałac dostał prawną ochronę, bo skapitulował nawet ostatni bastion oporu, czyli PiS-owski wojewoda Wojciech Dąbrowski, któremu obiekt jest „ideologicznie wrogi”. Prasa 22 marca 1967 roku, czyli niespełna 12 lat po oddaniu PKiN do użytku, donosiła, że jego wnętrza odwiedził już 80-milionowy gość. Z tego milion stanowili goście z zagranicy. Skrupulatny dziennikarz policzył również, że przebywając codziennie w innym pomieszczeniu, można spędzić w Pałacu dziewięć lat. Nie dodał jednak, że do większości pokoi przeciętny śmiertelnik nigdy nie zajrzy. Tym bardziej że części z nich oficjalnie nie ma. Konkretnie nie ma całych pięter, z czego wielu ludzi nie zdaje sobie sprawy. Pierwsze wypadło piętro trzecie. Nie zmieściło się, bo reprezentacyjne piętra drugie i czwarte okazały się za wysokie. W efekcie na trzecim udało się wygospodarować tylko kilka pokoików, a resztę miejsca zajmują bebechy wielkich podwieszanych sufitów z dwójki. Piątego też nie ma. To znaczy jest, ale bez okien. Zajmuje je i pilnie strzeże ochrona budynku. Wszystko jest ściśle tajne i nie dla przeciętnego człowieka. 14. piętro ma co prawda przycisk w windzie, tyle że dźwig się tam nie zatrzymuje. Chyba że ma się specjalną kartę chipową. „14” to prawdziwe królestwo futuryzmu: miasto, masa, maszyna. I to z ładnym widokiem, bo architekci się ulitowali i na „nieużywanym” piętrze wstawili jednak małe okna. Nad głowami techników ciągną się sznury rur i rureczek. Całe to piętro to przystanek dla zmęczonych pomp i sprężarek, którym mocy starczało na wpompowanie wody czy powietrza tylko na tę wysokość. Wyżej tłoczą je inne, równie wielkie pompy i sprężarki. W Pałacu pełno jest różnych zakamarków. Ale podziemnych wyjść na miasto lub na dworzec kolejowy nie ma. Małe pancerne drzwi nie prowadzą do schronów, tylko do szybów wentylacyjnych. Podobno nowi pracownicy techniczni, kiedy zaczynali pracę w Pałacu, dostawali kawałek kredy. Rysowali sobie nią strzałki na ścianach, żeby wiedzieć, jak wyjść z labiryntu piwnic. Na pytanie, ile w budynku jest żarówek, kierownik działu elektrycznego wyznaje z rozbrajającą szczerością, że nie zdołali jeszcze policzyć. Wie, ile się przepala – dziewięć tysięcy energooszczędnych świetlówek rocznie. Kiedy spytasz o pobór mocy, odpowiedź dostaniesz w megawatach. Starczyłoby na całą dzielnicę Ursus i jeszcze trochę by zostało. Kiedy zapytasz o koszt zużywanej energii, nie licz na odpowiedź. W Pałacu wszystko jest inne. Na 15. piętrze tworzą się takie zawirowania powietrza, że śnieg pada do góry. Lech Isakiewicz ma dosyć nietypowe jak na prezesa zarządu PKiN wspomnienia związane z Pałacem. Na przykład to z połowy lat 60., kiedy w restauracji Trojka dostał w głowę krzesłem. Zaznacza, że nie on zaczął. Pamięta też taras widokowy bez krat. Założono je dopiero w 1974 roku po siódmym z kolei samobójstwie. Prezes o następne się nie martwi. Szyby w Pałacu są trzy razy grubsze niż w zwykłym oknie. Ostatni człowiek, który chciał tutaj ze sobą skończyć, zamiast się zabić, strasznie się poharatał. Mimo że rozpędził się przez cały korytarz, zdołał przebić tylko pierwszą szybę. Ale zaprószenie ognia to już zupełnie inna sprawa. Dlatego prezes Isakiewicz największy nacisk kładzie na systemy przeciwpożarowe i renowację instalacji elektrycznej. – Zburzenia się nie boję, bo wiem, jak to jest zbudowane – mówi Isakiewicz. Ściany mają prawie po pół metra, a w środku są jeszcze grube na dwa centymetry stalowe blachy. – Tragedia WTC nam nie grozi, bo to jest budynek opancerzony – tłumaczy prezes. PKiN płonął dwa razy. Raz na początku lat 60. w sali imienia Dzierżyńskiego (obecnie sala imienia Starzyńskiego). Kładzione na smole parkiety tak pięknie płonęły, że z gorąca potopiły się żyrandole. Drugi pożar wybuchł w styczniu 1983 roku w Pałacu Młodzieży. Spłonął bar i kawałek świetlicy. Nowoczesny system zraszaczy ma już Sala Kongresowa. Pałac jako instytucja powszechnie dostępna opleciony jest gęstą siatką kamer. Monitorowane są 34 windy. – Różne rzeczy się ogląda. A to w nosie dłubią, a to się całują. Ostatnio coraz częściej panowie z panami – zauważa jeden z pracowników. Ale dodaje, że to wolny kraj. Pracownicy PKiN niejedno już widzieli. W 1992 roku nakazano im ściągać napis informujący, że Pałac jest darem narodu radzieckiego. Trzy lata później musieli go ponownie zakładać. – Poprosiliśmy wtedy tapicerów, żeby nas parawanem zasłonili, bo się baliśmy, że zwiedzający nas zlinczują – wspominają. Literki wiszą do dziś, ale ukryte za jedną z tablic informacyjnych. Zamiar przeprowadzenia generalnej rozprawy z Pałacem pojawił się już kilka lat temu. W 1981 roku goszczący na kongresie Międzynarodowej Unii Architektów młodzi architekci z Hongkongu zaproponowali, żeby pociąć korpus Pałacu na kawałki i rozrzucić po terenie. W 1996 roku prezydent Marcin Święcicki lansował pomysł pomalowania Pałacu na kolory tęczy. Pracownicy PKiN z politowaniem kiwali głowami. Co innego pomalować blok, a co innego wziąć się za dziewięć hektarów płyt ceramicznych. Ale najbardziej ich wkurzył Arkadius. Uznali, że ubrać Pałac w złotą sukienkę to już jednak przesada. Na razie zaszczytne w pewnych kręgach miano burzyciela PKiN należy się tylko Stanisławowi Tymowi. W zakończeniu „Rozmów kontrolowanych” pociąga on za spłuczkę w pałacowej toalecie, a budynek rozsypuje się w drobny mak. Konkretnie rozsypuje się zamówiona w Czechach makieta. Później Tym oświadczył, że naprawdę to jednak nie burzyłby PKiN. Były premier Józef Oleksy rozstawał się tutaj z PZPR i jeszcze tego samego dnia tworzył SdRP. Ale pytany o wspomnienia zaczyna od chwalenia dań podawanych w Kongresowej i Trojce. Historyk Andrzej Paczkowski PKiN kojarzy z pracą i striptizem. – W 1960 roku dostałem pracę na 20. piętrze w pracowni Dziejów Czasopiśmiennictwa Polskiego. A na striptiz do Kongresowej z braku funduszy nigdy się nie wybrałem, choć dużo się o tym mówiło – wspomina. Mieczysławowi Rakowskiemu, który w styczniu 1990 roku kazał wyprowadzić z Kongresowej sztandar PZPR, Pałac kojarzy się z pierwszą redakcją „Polityki”, która się tutaj mieściła. I z basenem, w którym pływał niemal codziennie od 1957 roku. Gdyby nie porzucił pływalni PKiN dla basenu w hotelu Victoria, kto wie, może mógłby przepłynąć nad ogromną swastyką wymalowaną na dnie. Zdjęcia do kręconego w 1989 roku filmu Agnieszki Holland „Europa, Europa” w dużej części powstały właśnie w Pałacu Kultury i Nauki. Żeby kręcić historyczne dokumenty w Pałacu, wystarczyło tylko włączyć kamerę. Gomułka, Chruszczow, Gierek, Breżniew, Jaruzelski – wszyscy tutaj przemawiali i pili przesłodzoną herbatę ze szklanek w metalowych koszyczkach. Upadła PZPR, ale magnetyzm Pałacu nie przestał działać na polityków. To w PKiN świeżo upieczony prezydent Lech Kaczyński meldował bratu, że zadanie zostało wykonane. – Marmur jest cierpliwy – tłumaczą pracownicy. Andrzej Wacławek, mistrz z działu architektoniczno-budowlanego, prowadzi mnie jedną z bocznych klatek schodowych. Sam nie wiem, którą. Po Pałacu krążę już od kilku dni, ale ciągle mylą mi się strony świata, pomieszczenia, piętra. Według mojego przewodnika jesteśmy pomiędzy czwartym a piątym piętrem. Z wielkiego pęku kluczy wybiera jeden i otwiera małe drzwiczki na półpiętrze. Spod grubej warstwy olejnej farby przebija się przekreślona flamastrem blaszana cyferka jeden. Wacławek tylko kiwa ręką. Nikt nie wie, gdzie w Pałacu jest pokój numer jeden. Przestano już nawet szukać. Wchodzimy do środka. Ciemno, nisko, a przed nami slalom po drabinkach i metalowych schodkach. Na dodatek trzeba uważać, żeby nie przydzwonić głową w jakąś rurę albo niski sufit. Co jakiś czas trzeba prześlizgnąć się przez dziurę nie wyższą niż 70 centymetrów. To przebicia w ścianach, które zrobili Polacy. Mijamy wielką kopułę obłożoną jakimiś brudnymi worami. Tak wygląda od tyłu zapierający dech w piersiach sufit nad głównym wejściem. Idziemy dalej. Kolejne pomieszczenie. Przez szczelinę w podłodze widać kupki śniegu, migają sylwetki ludzi. Jesteśmy nad głównym wejściem. Zimno, śmierdzi gołębimi odchodami. Gołębie upodobały sobie podcienia świateł. Siedzą albo leżą. Jedne z główkami wtulonymi w tułów, inne bez główek. Wszystkie martwe i zasuszone. Ten gołębi cmentarz wygląda jak karykatura słynnego gołąbka pokoju, który Picasso w 1955 roku namalował specjalnie na zorganizowany w PKiN Światowy Festiwal Młodzieży. W ścianie widać kolejne okienko. Tym razem z siatką. Ale wystarczy ją przesunąć na szynach i można się wychylić. Na wprost jest wielkie neonowe „A” – fragment napisu „Pałac Kultury i Nauki”. A jak się wychylimy jeszcze bardziej, zobaczymy ten sam napis, tylko wykuty w kamieniu. A pod nim kawał prostokątnej blachy porządnie przyśrubowanej do kamienia. To kolejny cmentarz. Pod tą blachą pochowano Stalina, a konkretnie napis „im. J. Stalina”. Napis miał być skuty, ale ostatecznie uznano, że zostanie zamurowany. Stalin dwa razy jednak odżywał, bo ciągle jakoś wychodził spod zaprawy. No to przykryli go blachą i jeszcze neon dołożyli. – Trzeci raz już mu się nie uda – żartuje Wacławek.
HpXL1f5i6p0lQP7KGYNgYM8ZgZu3QGX1mtRvVCcQIyNLeYoD2VxZhx9CkSQx_palac1.jpg
aPEWpCc6gow6zOJ5u1NaAHpiv2gW81XrIXtl5WHygJx05ZdCAPuHEvHeouYI_palac2.jpg

Brałeś udział w projekcie? Opowiedz nam swoją historię.

tagi

Znamy zwycięzców Konkursu Koło 2018
Znamy zwycięzców Konkursu Koło 2018

Konkurs Koło w tym roku obchodził swój jubileusz – odbyła się jego 20. edycja. Jego celem od początk ...

Face2Face Business Campus
Face2Face Business Campus

Face2Face Business Campus swoją nazwę zawdzięcza wzajemnemu ustawieniu dwóch budynków, z których zło ...

Ażurowy szpital
Ażurowy szpital

Na gmach szpitala, który powstać ma w mieście Tambacounda w południowej części Senegalu rozpisany by ...

KOMENTARZE
Komentarze
Brak komentarzy
Zaloguj się, aby dodać komentarz

Nie przegap okazji!!!

zapisz się do naszego newslettera