Chcesz być na bieżąco? Zapisz się do naszego newslettera


Macherzy i ekolodzy

 

Czas czytania: ~10 min


Gwizady architektury

 

0UqSFTQOiyxBBLmc6bDZzfqraRRr7PNGt6QQBBNoRSl5e3J5zvPLaq85aHrT_gehrydisney.jpg
Macherzy i ekolodzy Dzięki otwarciu w 1997 roku zaprojektowanego przez Franka Gehrego Muzeum Guggenheima w Bilbao, to prowincjonalne, baskijskie miasteczko zamieniło się z dnia na dzień w światową metropolię kulturalną. Ilość międzynarodowych turystów wzrosła o ponad 2 miliony rocznie. Gospodarczy efekt realizacji amerykańskiego architekta był tak piorunujący, że powstał termin „Efekt Bilbao”, a administratorzy muzeów i samorządowcy na całym świecie zaczęli na wyścigi zamawiać u najsławniejszych architektów projekty nowych, indywidualistycznych budynków. Architekci mieli jasno postawione zadanie - powtórzyć sukces Bilbao. Skutkiem tego pędu są takie realizacje, jak Muzeum Sztuki Współczesnej w Cincinatti autorstwa Zahy Hadid, Das Bellevue Art Museum (BAM) w Seattle zaprojektowany przez Stevena Holla. W ten nurt można też wpisać wcześniejsze nieco Muzeum Żydowskie w Berlinie Daniela Libeskinda czy Getty Center autorstwa Richarda Meiera. Sama fundacja Guggenheima idąc za ciosem chciała otworzyć 5 nowych lokalizacji. Jednak dosyć szybko przyszło otrzeźwienie. Okazało się, że efekt Bilbao nie jest taki łatwy do powtórzenia. Nie pojawił się na przykład w Seattle. Mimo wydania 23 milionów dolarów i zatrudnienia Stevena Holla – jednego z najbardziej cenionych architektów amerykańskich. Liczba zwiedzających BAM pozostała daleko w tyle za oczekiwaniami. We wrześniu 2003 roku obiekt został zamknięty, a Holl otrzymał zadanie przebudowy budynku tak, żeby był bardziej przyjazny dla zwiedzających. Zdaniem dyrekcji zimna, wysmakowana architektura odstraszyła widzów. New York Times nazwał Holla „pierwszą ofiarą efektu Bilbao”. Fundacja Guggenheima wycofała się po tym z szeregu zaplanowanych już inwestycji. Ale rynek projektowania ciągle jednak pokazuje, że największą gwarancją na sukces i wzbudzenie zainteresowania opinii publicznej nowym budynkiem jest zatrudnienie projektanta ze światowym nazwiskiem. Można tu spokojnie sięgnąć po przykład warszawskiego obiektu Metropolitan. Głównie dzięki autorytetowi biura Foster & Partners budynek otrzymał tytuł najlepszego biurowca świata. I nie stało się to zresztą bez kozery – inwestor – amerykańska firma nieruchomościowa Hines – potrzebowała sukcesu. Stoi on prawie pusty. Wraz z nagrodą rośnie nadzieja, że powierzchnie zostaną wynajęte. Niemiecki serwis internetowy Baunetz od lat publikuje światowe rankingi biur projektowych. Kryterium jest przy tym proste. Wyznacznikiem miejsca jest ilość publikacji w światowej prasie architektonicznej. I tu hollywoodzka reguła całkowicie się potwierdza. Na czele są tylko uznani projektanci. I mamy tu efekt podobny do efektu globalizacji. Najbardziej lukratywne zlecenia korporacyjne i rządowe zbiera dziś wąska grupa projektantów funkcjonujących jako prawdziwe gwiazdy tego zawodu. Stanowią elitę profesjonalistów sprawnie przemieszczających się między różnymi miastami i lokalizacjami. Ich nazwiska dają wartość dodaną realizacji i wzbudzają ciekawość wśród publiczności, prasy i studentów. Część lokalnych środowisk zaciekle się broni i stara przeciwdziałać dominacji sław. U nas ciekawy jest przypadek Franka Gehrego i projektu Muzeum Żydowskiego w Warszawie. Po wielu miesiącach przepychanek z inwestorem zrezygnował on z dalszej współpracy. To już jego drugie nieudane podejście do Warszawy. Wcześniej nie wypalił projekt Muzeum Sztuki Współczesnej proponowany przez Andę Rottenberg. Też zadecydował opór polskiego środowiska. Jedno jest pewne – każda z czołowych postaci współczesnej architektury awansowała do tego elitarnego grona tylko własnymi siłami. W tej dziedzinie nikt nie może odziedziczyć cudzego dorobku, a czas pracy jest ograniczony do czasu życia. Większość z projektantów wchodzi zresztą w najwyższe rejony funkcjonowania dopiero grubo po 40 – ce, a niektórzy, jak Frank Gehry, dopiero po 50-ce. I nie ma tam raczej postaci przypadkowych. Wszyscy dochodzą do tego ciężką pracą. Dróg na przebicie się jest kilka. Są międzynarodowe konkursy (to była na przykład droga Joerna Utzona), międzynarodowe nagrody – przoduje tu oczywiście nagroda Pritzkera, a także spektakularne realizacje, które spotykają się z dużą uwagą. Dla młodych ludzi drogą do wejścia na szczyt jest praktyka w biurze projektowym o uznanej sławie. Daje to możliwość uczestniczenia w najlepszych zleceniach oraz uzyskania referencji. Warto jednak uważnie przyjrzeć się tym postaciom. Na tej podstawie można zobaczyć, jak rozkładają się dzisiaj tendencje w architekturze. Wśród gwiazd architektury można wyróżnić co najmniej 3 grupy. Macherów, utopistów i ekologów. James Bond w helikopterze Ikoną machera we współczesnej architekturze jest Norman Foster. Jest on najbardziej wziętym, znanym i wpływowym architektem, jaki kiedykolwiek stąpał po ziemi. Brytyjski establishment uczynił z niego specjalistę od prestiżowych przedsięwzięć architektonicznych. Jest najbardziej podziwianym z żyjących architektów. Mamy tu do czynienia z kimś w rodzaju architektonicznego supermana. Wygląd twardego faceta, styl playboya i głębokie "No problem!" sprawiają, że wszyscy kładą się przed nim plackiem. Można sobie wyobrazić, jak wskakuje do własnego odrzutowca, by odwiedzić jakąś zapadłą, estetycznie niedojrzałą okolicę, wykonać od ręki szkic wieżowca lub lotniska, zmieszać z błotem kilku oponentów i wróciwszy do Londynu, zawiązać szybko ciemny krawat i udać się na przyjęcie z długonogimi hostessami. Dokonania Fostera, szczególnie te wczesne, weszły na trwałe do dorobku architektury. On sam jest synem robotnika z fabryki samolotów oraz kelnerki. Naukę szkolną zakończył w wieku 16 lat, przez dwa lata służył w RAF-ie, by następnie odbyć studia w Manchesterze. Na studiach sam się utrzymywał. Jako stypendysta w Yale, gdzie spotkał swego przyszłego współpracownika, Richarda Rogersa, bardzo ulegał wpływom amerykańskim. W czasach, kiedy w Wielkiej Brytanii stawiano jeszcze uparcie betonowe bunkry, Foster wprowadzał elementy dziś uznawane za oczywiste: elegancką, lekką konstrukcję, przeszklone fasady, organizację wnętrz na planie otwartym, oświetlone światłem dziennym atria. Jego architektura zdradza obsesje osobiste. Powracają w niej motywy samolotów. Buduje je wciąż od nowa, zmagając się z problemami konstrukcyjnymi. Od galerii sztuki po lotniska, od przebudowy gmachów muzealnych po budynki rządowe – wszędzie stosuje hangar lotniczy, dach o złożonej konstrukcji nośnej i przeszklone ściany. Wyznaczają one ogromną, pustą przestrzeń, w której ludzie gubią się niczym mrówki. Być może Foster powinien projektować budynki przeznaczone dla samolotów, a nie dla ludzi – twierdzą krytycy. Jak mówią wtajemniczeni, wkład Fostera w projektowanie wielu jego inwestycji jest często znikomy. Dodaje on końcowe ozdobniki (lub nakazuje z dnia na dzień przerobienie projektu), ale - jak to bywa z produktami firmowymi – praca zespołów przebiega pod dyktando ścisłych wytycznych. Wszędzie używa się tej samej czcionki, od wewnętrznych notatek po szyldy na budynkach; systemy wewnętrzne buduje się ze standardowego zestawu komponentów: inwestor może wybrać dowolny kolor, byle był to kolor szary. Jego pracownia funkcjonuje jak fabryka. Firma ma swoją siedzibę w Londynie oraz przedstawicielstwa w Berlinie i Singapurze. W trzech biurach pracuje ponad 500 osób. Londyńska pracownia jest sercem całej firmy. To tu powstaje koncepcja każdego z projektów, których prowadzi jednocześnie około stu. Na stałe urzędują w Londynie zarówno Foster, jak i jego wspólnicy-partnerzy: Spencer de Grey, David Nelson, Graham Philips i Ken Shuttleworth. Jego działalność jest oceniana jako przykład homogenizacji współczesnej architektury komercyjnej. Ma ona swoje korzenie gdzieś tam w modernizmie, a dzisiaj przekształciła się w lekko anonimowy, nowy „styl międzynarodowy”, który można spotkać w prawie każdym zakątku świata. W Polsce działalność największych biur komercyjnych jest często odbiciem tego trendu. Tego zresztą oczekują inwestorzy. Foster ma też wielu naśladowców na świecie. Wszyscy odwołują się do jego stylu high-tech, szkła, betonu i stali. Don Kichoci Jest też co najmniej kilka postaci, które uznać można za Don Kichotów współczesnej architektury. Jedną z nich jest Daniel Libeskind - projektant słynnego Muzeum Żydowskiego w Berlinie i zwycięzca konkursu na odbudowę kompleksu WTC w Nowym Jorku. Inną Zaha Hadid – tegoroczna laureatka Pritzkera. Postacią samą w sobie jest Joern Utzon – duński wizjoner wsławiony budową Opery w Sydney. Łączy ich to, że są wielkimi eksperymentatorami architektury. Poszukują nowego języka i indywidualnych rozwiązań. Nie zadowala ich tylko obsługa rynku i wykonywanie porządnych, komercyjnych budynków. Stoją w opozycji do tak pojętej, służebnej roli architekta. Chcą iść dalej. Chcą traktować architekturę jak sztukę, jako obszar wyładowania energii twórczej. Poszukują nowych form, chcą przekraczać bariery mentalne i stereotypy myślowe. Wyznaczać nowe szlaki plastyczne i funkcjonalne. Posługują się jakby metajęzykiem w stosunku do tego, co stanowi punkt odniesienia całej współczesnej architektury – w stosunku do modernizmu. Chcą przekraczać estetykę pudełka do butów, burzyć to, co oczywiste i posługiwać się ironią w stosunku do banalnej, prostej geometrii. Są bardziej rzeźbiarzami niż komercyjnymi architektami. Przez to raczej otrzymują zlecenia rządowe. Właściwie tylko Frank Gehry ma w tym gronie znaczące osiągnięcia komercyjne. Wszyscy przy tym latami nie mogli doczekać się realizacji swoich wizji. Zajmowali się wnętrzami, instalacjami, byli chwaleni za nowatorstwo i śmiałość rozwiązań, ale żadne nie mogło doczekać się większej budowy. Więc wysoki status zawodowy osiągali zazwyczaj dość późno. Dla Libeskinda przełomem było Muzeum Żydowskie w Berlinie z 1995 roku, zaś dla Zahy zamówienie na budowę remizy strażackiej w Weil nad Renem. Dopiero, kiedy ten budynek został ukończony (1994), wtedy dopiero kariera Hadid ruszyła pełną parą. Ale głównie na świecie. W konserwatywnej W. Brytanii do dzisiaj nie buduje. Ma tam opinię radykała. Utzon z kolei miał ogromne kłopoty z dokończeniem swej słynnej opery w Sydney i w rezultacie został zwolniony z funkcji głównego architekta. Za krnąbrność i bezkompromisowość. Dzisiaj jest rehabilitowany. Ich materiałem jest bardzo często metal – blacha tytanowo cynkowa lub tytanowa. Mają przy tym geometrię za nic. Gehry pracuje na specjalnie stworzonych dla siebie programach do projektowania przygotowanymi przez NASA. W ten sposób unika skojarzeń z produkcją seryjną, które mają obiekty modernistyczne. Ekolodzy Bardzo silny jest nurt ekologiczny reprezentowany przez takie postaci, jak Peter Zumthor, Imre Makovecz czy u nas Stanisław Niemczyk. Odwołują się oni raczej do lokalnej tradycji budowania, stosując nie beton i szkło, ale lokalne materiały zamawiane u lokalnych rzemieślników. Nie chcą współpracować z międzynarodowymi koncernami materiałów budowlanych. Uważają beton i szkło za materiały związane z totalitarną ideologią modernistów. Budują przy tym raczej małe obiekty, bardzo dbając o bilans energetyczny, umiejętnie orientując budynek wobec słońca oraz wykorzystując odnawialne źródła energii, jak ogniwa fotowoltaniczne i oddychające fasady. Wykorzystują raczej drewno i cegłę. O hołdującym tym zasadom śląskim architekcie Stanisławie Niemczyku pisał kiedyś Paweł Boguszewicz w Architekturze & Biznes: „Daleki od bezmyślnego kopiowania zachodnich pomysłów, od wznoszenia obiektów pozbawionych osobowości, tworzy Stanisław Niemczyk solidny fundament dla poszukiwań rodzimego, lokalnego charakteru architektury. Co na nim zbudujemy, zależy od każdego z nas”. Ten nurt ekologiczny przeciwstawia się więc ideom wywodzącym się nie z architektury ludzkiej, ale z architektury przemysłowej. Są przeciwko geometryczności, funkcjonalizmowi, wielkim betonowym strukturom, zimnym wnętrzom. Wszystkiemu temu, co na dłuższą metę okazało się humanistyczną porażką i co straszy do dziś z wielu zakątków naszego kraju w postaci betonowej kostki łomżyńskiej i bloków z wielkiej płyty. Tak więc podziały wśród największych architektów świata odpowiadają z grubsza temu, jak dzieli się dzisiejszy świat. Na tych, którzy obsługują rynek i odpowiadają na jego zapotrzebowanie, na tych, którzy z kolei zajmują się rozwijaniem indywidualnego języka plastycznego, ale ze szkodą dla swej komercyjnej działalności oraz na tych, którzy próbują kontestować międzynarodowy rynek producentów materiałów budowlanych i odwołują się do lokalnej tradycji budowania, korzystając też z naturalnych materiałów i lokalnej estetyki. Protestują przez to przeciwko anonimowemu stylowi międzynarodowemu - eleganckim konstrukcjom, przeszklonym fasadom, organizacji wnętrz na planie otwartym, oświetlonym światłem dziennym atriom itp.
fRjuSCzebE6WEkbV4GwuCMHySjwHnBcSGWjDVVAJbsVONu0vTLxOZdtP8RhC_hallseattle.jpg
Zdjęcia od góry: 1. Centrum Kulturalne W.Disneya w Los Angeles - autor - Frank Gehry 2. Das Bellevue Art Museum (BAM) w Seattle - autor - Steven Holl

Podepnij swój artykuł

tagi

Niezwykły dom dla gości
Niezwykły dom dla gości

Dom dla gości, jaki pracownia Studio 512 zaprojektowała w Teksasie sami autorzy projektu architekton ...

Skra – wyniki konkursu architektonicznego
Skra – wyniki konkursu architektonicznego

Konkurs architektoniczny na projekt nowego zagospodarowania terenu sportowego Skra w Warszawie władz ...

Architektura Roku Województwa Śląskiego 2018 – znamy wyniki konkursu architektonicznego
Architektura Roku Województwa Śląskiego 2018 – znamy wyniki konkursu architektonicznego

Architektura Roku Województwa Śląskiego 2018 oraz Najlepsza Przestrzeń Publiczna 2018 – to dwa konku ...

KOMENTARZE
Komentarze
Brak komentarzy
Zaloguj się, aby dodać komentarz

Nie przegap okazji!!!

zapisz się do naszego newslettera