Chcesz być na bieżąco? Zapisz się do naszego newslettera


Przeciw brzydocie

 

Czas czytania: ~9 min


przeciw brzydocie

 

Na jednym z rysunków Mleczki jeden paskudny typ tłumaczy drugiemu: "Morze, góry, pola, lasy. Panie, jaki to mógłby być piękny kraj!". Nic nie mówi lepiej o braku wizji Polski niż wszechobecna brzydota naszej przestrzeni Brak wizji uderza szczególnie, gdy porównamy zachłannie bogacącą się Trzecią Rzeczpospolitą z tą Drugą, która dźwigała się z ruin po wielkiej wojnie i wszechobecnej biedy. Po 1918 roku tworzono wzory zagród włościańskich oraz strażnic Korpusu Ochrony Pogranicza i wznoszono budowle publiczne, które do dziś są przykładem zarówno misji państwowej, jak i polskich ingrediencji w europejskiej architekturze. Czym byłaby Warszawa bez alei Niepodległości i Puławskiej, bez wspaniałej zabudowy mieszkaniowej Ochoty, Żoliborza, Mokotowa i Saskiej Kępy? Czy Trzecia Rzeczpospolita zdobyła się na dzieło porównywalne z Gdynią albo z powojenną odbudową starówek Warszawy i Gdańska? Trasa W-Z, zbudowana zaraz po wojnie (gdy demokracja ludowa nie osiągnęła jeszcze ideału dyktatury proletariatu), pozostaje do dziś największym dziełem urbanistyki polskiej drugiej połowy ubiegłego wieku. Gdyby nie komuna, wojna i zabory - Czy Polacy wiedzą, że mają najbrzydszą stolicę Europy? - zapytał mnie Zbigniew Brzeziński, patrząc ze wzgórza zamkowego na Budapeszt. - Nie wiem, czy wiedzą - odparłem. Ale ja niestety wiem. Są tysiące gotowych odpowiedzi, skąd wzięła się ta obojętność na urodę rzeczy, krajobrazów, domów i miast. Nie da się zwalić całej winy na brzydotę i szarość komuny. Są inne byłe kraje satelickie, które mimo że podlegały bardziej represyjnym reżimom, nie pozwoliły na zohydzenie swojej przestrzeni i na taką pogardę dla własnej tradycji. Odkąd Norman Davies usprawiedliwił ostatecznie jedną z najbardziej nieprzemyślanych polskich decyzji - o powstaniu warszawskim - tym, że Zachód nas zdradził, właściwie nie mamy już problemu z żadną, nawet najbardziej absurdalną, decyzją. Po prostu, jeśli coś się stało, to w ramach polskiego idiomu stać się musiało. Wystarczy sięgnąć w głąb historii, rozejrzeć się po sąsiadach i poszukać winnych. Po chwili sama przychodzi myśl, że na pewno nie my odpowiadamy za ten stan. Przecież, uwzględniając wszystkie okoliczności, i tak jesteśmy bohaterami. Z morza brzydoty i tak wypłynie na powierzchnię nasza niezłomność i wola walki o wolność. Bez znaczenia jest to, że wolność ta jest brzydka i wygląda jak nasze domy - nigdy nie wiadomo, czy zaczęte właśnie, czy jeszcze nieskończone. Póki my żyjemy Od zarania Trzeciej Rzeczypospolitej licznym moralizatorom przeciwstawiam proste hasło: "Zamiast o etyce, mówcie o estetyce" - bowiem brak form i brak Formy przez duże F widać na każdym kroku. A bez formy treść polityczna, społeczna, moralna zanikają. Nieważne, czy przedmiot jest roztrzaskany przez chama czy nierozpoznawalny pod brudem uprzedzeń i doktrynerstwa. Twierdzę, że chaos naszych miast, zanieczyszczenie wizualne polskiego krajobrazu, blichtr architektury "używanej" przez projektantów jak ubrania second hand czy jej déj`a vu-awangardowość nie są przypadkiem. Odwzorowują bowiem coś znacznie głębszego, już nie gombrowiczowską niedojrzałość, lecz odmowę refleksji. Przekonanie, że wizja Polski może składać się z przypadkowo sklejanych obrazów w rytm paru frazesów o wolności, własności, rynku oraz tradycji. Tylko jakiej? Kazimierzowskiej, saskiej, stanisławowskiej? Przy takim oglądzie i osądzie świata widzialnego wystarczy, że na powierzchni pływać będą szczątki naszej świetnej cywilizacji - renesansu, baroku czy modernizmu, a i tak będziemy mieli poczucie, że my - podmiot tej cywilizacji - żyjemy. Polską świadomością rządzi filozofia rujnowania swojego świata w walce i potem życia na ruinach. Pora się do niej przyznać! Politycy zrzucają odpowiedzialność na profesjonalistów, architekci na urbanistów, urbaniści na samorząd, a pod koniec wszelka władza okazuje się w swoim niechlujstwie gorsza od obywateli. Tymczasem to do władzy, jak świat światem, należało dbanie o kształt przestrzeni publicznej. Żadne grupy samoorganizujących się obywateli nie uporządkują spraw własności, nie upilnują linii zabudowy, jakości fasad sąsiadów. Nie mówiąc już o orgii kiosków, pawilonów, ulicznych latarni, baraków i ogrodzeń. Bez granic, skali i proporcji Wytyczenie granicy między przestrzenią prywatną a publiczną oraz sensowne parcelowanie terenu na działki pod zabudowę jest od wieków jedyną realną techniką planowania przestrzeni. Paradoksalnie te dwa wymiary powodują, że z czasem w czwartym wymiarze - w czasie - powstaje trzeci wymiar, tworzący przestrzeń zabudowy. Własność i jej podziały są najtrwalsze. Często nie wiemy, ile naszego polskiego bałaganu przetrwało od średniowiecza (zajmowałem się tym bliżej w książce "Gra w miasto"). Ponieważ rytmem zagospodarowywania własności rządzi rynek i zmienne koleje graczy - właścicieli nieruchomości, ingerowanie w zabudowane własności jest zawsze trudne, ale bez tych interwencji nie ma planowania. Stąd też waga granic własności, gdyż one nadają ramy architekturze i urbanistyce na dziesięciolecia i wieki. Najważniejszą z granic jest ta, która rozdziela przestrzeń publiczną od prywatnej. Gdy ta granica możliwej przyszłej zabudowy jest nieprzemyślana, całe planowanie jest tylko próbą dyrygowania falami. Tym zajmuje się polska szkoła akwarelistki, zwana błędnie polską szkołą urbanistyki. Od pół wieku nasi urbaniści tworzą plany miast za pomocą kolorowych plam, a nie rysunkiem struktury miasta. Tymczasem to sieć jego ulic i placów, parków i skwerów o wyraźnych liniach wyznaczających granice przestrzeni publicznej pozwala budować harmonię miasta jako collage'u różnych architektur. Polscy planiści przestrzeni i urbaniści nie wiedzą, jak wpływać na rynek: gdzie być arbitralnym, a gdzie docenić siłę życia. Gracze - inwestorzy - lepiej niż projektanci wiedzą, co jest dla nich funkcjonalne, ale to urbaniści muszą ekonomicznym i społecznym treściom nadawać formę. Nasi profesjonaliści nie umieją dziś opanować żywiołu gospodarczego, gdyż nauczyli się mu przeciwstawiać martwy porządek real-socu. Dlatego tak wygląda dzisiejsza Polska: w zastygłą magmę komponowanych blokowisk wdziera się chaos deweloperów i krzykliwej komercji. Nie ma żadnej reguły, która rządzi tymi przypadkami: ani linii zabudowy, ani perspektyw, ani logiki dominant wysokościowych. Ani granic, ani skali, ani proporcji. Dziewiętnastowieczna kapitalistyczna urbanizacja jest przy naszej szczytem harmonii. Politycy i planiści usprawiedliwiają swoją (interesowną lub bezinteresowną) odmowę sterowania procesami rozwoju argumentem o wszechwładzy rynku. Daję im prostą przestrogę: licz się z rynkiem, ale nie licz na rynek - to twoja ręka zakreśla mu ramy działania. Każdy, kto zagłębi się w rozważania o liberalnej gospodarce Miltona Friedmana, dowie się, jakie dziedziny nie powinny podlegać mechanizmom rynkowym. Jedną z nich jest planowanie przestrzenne: miast i terenów otwartych. Piękno Italii Miałem okazję uczestniczyć w wielu debatach na temat ustawy o gospodarce przestrzennej i planowaniu przestrzennym. W rządzie AWS - UW udało mi się nawet zablokować ustawę unieważniającą en bloc wszystkie plany zagospodarowania. To był prawdziwy rekord świata, ustanowiony przez następny Sejm na wniosek rządu SLD. Ustawa ta oddawała polską przestrzeń w ręce samorządów, które od Warszawy po najmniejszą gminę mogły pod pretekstem braku planów robić, co chcą i jak chcą. Lobby planistów znalazło się znów w raju, gdzie mogło od nowa pokrywać Polskę " flamasterplanami" dopóty, dopóki starczyłoby pieniędzy zleceniodawcom. Dziś autorzy tego legislacyjnego sukcesu pracują nad kolejnym. Oczywiście nic nie poradzimy na to, że Włoch zaczyna myśleć o pięknie tam, gdzie większość nacji europejskich kończy. Pewnie dlatego w Toskanii i Umbrii przez setki kilometrów nie zauważymy niczego dużego, szpetnego, co zanieczyszczałoby krajobraz wiejski czy miejski. W Italii brzydota się kryje, u nas puszy i błyszczy. Ale to jest już poziom czułości wobec ziemi rodzinnej. Mnie marzy się coś znacznie prostszego, surowszego: powstrzymanie rodaków od wizualnego zanieczyszczania środowiska. Zarówno zawodowców, jak i amatorów. Na to zaś jest tylko jeden sposób, którego stosowania odmawiają i obywatele, i politycy, i korporacje zawodowe. Takiego sformułowania celów i narzędzi planowania, które nawet najbardziej tępemu i skorumpowanemu urzędnikowi oraz najbardziej zanarchizowanemu obywatelowi skutecznie utrudnią szpecenie otoczenia. A jednocześnie zapobiegnie to wszechobecnej korupcji, która króluje wszędzie tam, gdzie pojawiają się arbitralne blokady w działalności inwestycyjnej zarówno prywatnej, jak i służącej celom publicznym. Zawsze motywowane szczytnie: ochroną środowiska naturalnego, spuścizny historycznej i estetyką. Na własnych śmieciach Istnieją dwa podstawowe cele planowania przestrzennego od kilkunastu lat niewymieniane explicite w stosownych ustawach: pierwszy - zapobieganie rozpraszaniu zabudowy, i drugi - ochrona terenów otwartych. Są dwa podstawowe narzędzia planowania będące w wyłącznej gestii administracji publicznej: ograniczanie prawa własności przez sposób użytkowania i prawo zabudowy nieruchomości, której jest się właścicielem. Dalsze kwestie są już sprawą warsztatu, kuchni planistycznej i projektowej. W prawdziwym państwie prawa brzydota jest takim samym aktem bezprawia naruszającym wolność innych, jak chuligaństwo, pobicie, publiczne lżenie. (I to nie władzy - ta wytrzymuje brzydotę własną i kraju z dużą odpornością - lecz obywateli). Może chociaż w kwestii szpecenia Polski liberałowie i konserwatyści połączyliby się przeciwko chamstwu i kiczowi? Politycznemu, religijnemu, estetycznemu (kolejność nie jest przypadkowa). Co nas czeka? Prędzej czy później przez ten wiejsko-miejski śmietnik urbanizacji planującej a nieplanowanej przebiegną drogi ekspresowe i autostrady, obwodnice i łącznice. To one mają uczytelnić obraz Polski i zintegrować ją estetycznie w makroskali. Żeby jednak tak się stało, trzeba wreszcie zacząć myśleć o prostych przyczynach tej monstrualnej polskiej brzydoty i o prostych, choć bolesnych dla Polaków, sposobach otwierania się na piękno. Im bardziej skoncentrujemy się na przypadkach oczywistej szpetoty, chaosu, płynności kryteriów, im precyzyjniej określimy liczbą i linią nasze standardy cywilizacyjne, tym więcej harmonijnego piękna z czasem odnajdziemy. Bowiem na razie w kraju, który mógłby być piękny, jesteśmy nie tyle u siebie, ile na własnych śmieciach. Czesław Bielecki Czesław Bielecki - ur. 1948 - architekt, polityk i publicysta, założyciel firmy projektowej Dom i Miasto. Ostatnio wydał książki: "Głowa - o myśleniu dla działania" (2003) oraz "Więcej niż architektura. Pochwała eklektyzmu" (2005)

Podepnij swój artykuł

tagi

Apartamenty Niemcewicza 17 – nowa realizacja architektoniczna JEMS
Apartamenty Niemcewicza 17 – nowa realizacja architektoniczna JEMS

Na Starej Ochocie, w otoczeniu przedwojennej zabudowy mieszkaniowej dwa lata temu powstała nowa real ...

Szkoła z betonu od Zbigniewa Maćkowa
Szkoła z betonu od Zbigniewa Maćkowa

V Liceum Ogólnokształcące we Wrocławiu – to realizacja architektoniczna warta uwagi z wielu powodów. ...

Dom jednorodzinny JRV2 z drewna i betonu ze studia de.materia
Dom jednorodzinny JRV2 z drewna i betonu ze studia de.materia

Projekt architektoniczny tego domu jednorodzinnego zdeterminowało jego położenie: na stoku skarpy, n ...

KOMENTARZE
Komentarze
Brak komentarzy
Zaloguj się, aby dodać komentarz

Nie przegap okazji!!!

zapisz się do naszego newslettera