Chcesz być na bieżąco? Zapisz się do naszego newslettera


Prawo do przestrzeni

 

Czas czytania: ~18 min


mJjdvnx8E0pwHm3Ogdt51MyKrf2vYvoL4XAIuqFyZpkpytkCGwNaBxEUx881_budzynski-1.jpg
Prawo do przestrzeni – rozmowa z projektantem warszawskiego Ursynowa, prof. Markiem Budzyńskim Co trzeci mieszkaniec warszawskich osiedli budowanych w ostatnich latach uważa, że są one równie kiepskie albo wręcz gorsze od blokowisk z czasów PRL, czyli np. projektowanego przez pana Ursynowa. Prof. Marek Budzyński: To bardzo wysoki procent. A przecież standard dziś budowanych mieszkań jest znacznie lepszy niż w PRL. I mieszkania są z reguły większe. Wszystko mamy lepsze, solidne okna, ładne drzwi, fajną wannę, woda cieknie jak należy... Nie zawsze. Mieszkańcy Józefosławia, miejscowości między Piasecznem a Warszawą skarżą się, że mają ładne domy, w których kąpać się można tylko po godz. 23, bo o innej porze ciśnienie wody jest za niskie. - To drugi aspekt sprawy. Infrastruktura nie nadąża, oprócz domów na nowych osiedlach nie ma niczego więcej. Standard miasta jako miejsca życia wspólnotowego wciąż się obniża. Komunikacja, bliski dostęp do usług, szkoły, przedszkola, służby zdrowia, kontakt z terenami zielonymi - o tym deweloperzy w ogóle nie myślą. Ale nie zapominają o centrach handlowych. - Tylko że centra nie tworzą miejskości. Wręcz ją rozbijają. Niszczą miasto jako organizację przestrzeni dla grupy ludzi powstającą od kilku tysięcy lat w celu wymiany dóbr, zapewnienia sobie bezpieczeństwa czy wymiany informacji. Wielkie obiekty handlowe powstają tam, gdzie jest taniej i przy skrzyżowaniu ważnych dróg. Ale też tam, gdzie łatwo się dostać samochodem, jadąc w przeciwnym kierunku niż do centrum miasta. Bo samochodem łatwiej dziś dojechać na obrzeża niż do centrum. Czyli handel, coś co kiedyś miasto skupiało, teraz je rozsadza i rozrzuca. Skutkiem powstawania wszystkich centrów handlowych, także tych nielicznych wybudowanych w centrach miast, jest śmierć przestrzeni publicznej. Ulice w centrum Warszawy zamierają. Chmielna czy Marszałkowska zamierają jako przestrzeń publiczna. To wina wielkich firm handlowych? - Też, ale to problem cywilizacyjny. Weszliśmy w fazę rozwoju, w której koncentracja kapitału i obrót nim są celem samoistnym. Wielkie firmy tak organizują handel, by do megaobiektów przybyło jak najwięcej ludzi. To zaczyna być monopolistyczny sposób handlowania. Właścicielami największych centrów jest zaledwie kilka wielkich sieci, no i banki. Mówi pan trochę jak Naomi Klein, autorka książki "No logo". - Z chęcią się uczę, od kogo się da, ale to, o czym mówię, gołym okiem widać. W Polsce proces monopolizacji postępuje w sposób drastyczny, bo nie mieliśmy naturalnych cech obronnych. Żyliśmy w socjalizmie, który robił to samo. Monopolizował wszystkie dziedziny życia. Także projektowanie osiedli - W 1972 roku robiliśmy projekt Ursynowa i w projektowaniu handlu musieliśmy korzystać z opracowań monopolisty, którym w PRL było Społem. I Społem nam powiedziało: na Ursynowie ma być tylko jeden duży sklep o powierzchni 40 tys. m kw. Wtedy tak budowano w USA. Teraz tak się buduje w Warszawie. Dla mnie to powtórka z historii. Przy projektowaniu Ursynowa można się było z monopolistami targować? - Prowadziłem grę z monopolistami, stosując pewne idee społeczne, nazwijmy je socjalizmem skandynawskim, który jest ukierunkowany na człowieka, jego wygodę i potrzeby. Ursynów był projektowany jako część miasta według zasad zrównoważonego rozwoju. W ówczesnych władzach była wola, by zaprojektować to osiedle doskonale. Przedstawiliśmy spójną wizję przestrzeni kreującą iluzję wspaniałego życia i oni ją akceptowali. Planowaliśmy zrównoważenie liczby miejsc pracy z liczbą osób zawodowo czynnych. Miejsca w szkołach miały być dostosowane do zmieniającej się demografii. Były normy i normatywy szkolne, liczba dzieci w klasie, wielkość klasy w metrach kwadratowych. Rodzaj sal. Handel miał być zorganizowany według wiedzy o rozkładzie wydatków obywatela. Wszystko policzone z aptekarską dokładnością? - Tak. Ale zostało tylko na papierze. - Nie do końca. Nam udało się np. przekonać komitet warszawski partii, że lepiej kiedy mamy sklep o powierzchni 150 m kw. oddalony o 300 m od mieszkania niż jeden ogromny, ale daleko. Wytworzyliśmy więc w planach całą sieć sklepów. Oczywiście w ramach tych 40 tys. m kw., które przysługiwały normatywnie ogółowi mieszkańców. Wszystkiego nie udało się zrealizować także dlatego, że cały system opierał się na wielopiętrowo zakłamanych danych. Sprawozdania miały się nijak do rzeczywistości. Zakłamana była liczba mieszkań i sklepów, materiałów, wszystkiego. I potem te dane trafiały do roczników statystycznych. Jak śpiewali Skaldowie, "ej tylko spojrzę w gwiazdy, reszta przyjdzie sama...". - Do dziś nie mogę zapomnieć wielkiego zebrania z dziennikarzami. Mówiło się o osiągnięciach na budowie Ursynowa, towarzysze podawali numery gotowych domów, których nie było, ba nie było nawet wykopanego dołu. Ale teraz też podstawowa sprawa to jak najskuteczniej oszukać, by inni uwierzyli. Jak się oszukuje? - W reklamie, która obiecuje, że kreujemy zielone oazy, czy w polityce, która obiecuje mieszkanie dla każdego. Kończy się to kilkoma drzewkami na stropie garażu podziemnego i mieszkań dla tej coraz węższej grupy lepiej zarabiających. Wróćmy do planowania Ursynowa... Co ostatecznie udało się zrealizować z planów? - Zbudowano mieszkania dla 38 tys. ludzi na Ursynowie Północnym w latach 70., dwa po tysiąc i, powiedzmy, kilka sklepów po 150 m kw. Powstały cztery szkoły z przedszkolami, dwie z basenami. Choć był czas, że po chleb trzeba było jechać do miasta. Na dodatek wtedy projektowanego metra nie było, autobusu też nie było, bo drogi nie było. Były bloki porozrzucane w przestrzeni tak, że trudno dopatrzyć się porządku, według którego układają się ich numery. Tak jest do dziś, co kontrastuje z nowymi, sąsiednimi Kabatami. Tam domy uszeregowane są przy ulicy jeden za drugim. - Dla Ursynowa został zaprojektowany specjalny porządek. Odmienny niż porządek miejski? - Tak. Osiedla w PRL nie budowało się zgodnie z porządkiem miejskim. W tamtych czasach to było zbiorowisko budynków, a nie siatka ulic i placów. To zasadnicza różnica między miastem historycznym a modernistycznym. Naturalnie inspiracje przyszły do nas z Zachodu - z Francji. Były odpowiedzią na bardzo gęsto zabudowane XIX-wieczne miasto. W nowych osiedlach wszyscy mieli dostęp do słońca i terenów zielonych. Kiedy zaczęliśmy obrabiać te 200 ha Ursynowa Północnego, stworzyliśmy dla niego pewien system, który starał się nawiązywać do historii, ale z uwagi na zmonopolizowanie wszystkiego przy budowaniu, nie mogliśmy tego zrobić w pełni. Mieliśmy fabrykę domów. A dom z fabryki nie mógł mieć np. parteru usługowego, bo ta fabryka nie robiła odpowiednich elementów, system na to nie pozwalał. Dlatego sklep powstawał w wolno stojącym pawilonie. Kto narzucał ten system? - Socjalizm, ale w oparciu o zachodnioeuropejski modernizm. System prefabrykacji został stworzony we Francji, poprzez Danię i Związek Radziecki trafił do nas. To nie był wymysł socjalizmu. To próba szybkiego, masowego budowania po wojnie. Wtedy uwierzono, że zamiast po prostu budować dom, lepiej go szybko i tanio wyprodukować, a potem poskładać. Tradycyjne metody budowania były w ogromnej mierze uzależnione od człowieka - dobrych murarzy, cieśli. Ale oni byli wolni i niezależni, wykonywali pracę po swojemu. Nie chcieli się podporządkować systemowi. Kiedy pracowałem w Danii, architekt mówił: nie rób tego z cegły, bo z murarzami nie damy sobie rady. Lepiej sprefabrykować elementy. A przecież trudno znaleźć bardziej humanistyczny kraj niż Dania. W budownictwie socjalizm też chciał się oderwać od napływających do miast rzemieślników, chłopów, nieprzygotowanych do pracy, którzy niczego nie wiedzieli o technice. Dlatego do zbudowania Ursynowa służyć miała fabryka domów na Służewcu. A tzw. infrastruktura społeczna? Ktoś ją narzucał czy projektanci byli wolni? - W socjalizmie wszystko było regulowane, planowane i porządkowane, by prawie wszyscy mieli mniej więcej równo i mieszkali w mniej więcej takich samych mieszkaniach. Ale my z zespołem, projektując osiedle, modyfikowaliśmy wszystko, co się dało, by uzyskać zrównoważoną przestrzeń miejską, naturalnie w ramach tamtych możliwości. Na czym polegała modyfikacja? - Fabryka domów - z uwagi na formy, wielkie stalowe mechanizmy, do których wlewało się beton, mogła produkować tylko w module 2,4 na 4,8 m. Od tego nie mogliśmy uciec. Ale w tych ramach mogliśmy coś proponować. Zamiast 30 typów prefabrykatów, z których dawało się zrobić pięć typów mieszkań, zaproponowaliśmy otwieranie systemu poprzez np. bardziej zróżnicowane otwory okienne. I zrobiliśmy inny zestaw prefabrykatów, prawie setka wersji. Dzięki temu na Ursynowie mieliśmy wprawdzie typowe mieszkania, ale nie w pięciu rozkładach, lecz w ponad 50. Pozwoliło to dość dowolnie tworzyć budynki - grubsze, cieńsze, wyższe, niższe. Typowe ówczesne budownictwo to dwie wysokości bloków - pięć pięter (bo wtedy nie trzeba budować windy) i jedenastopiętrowe (bo taka była wysokość typowych dźwigów). Na Ursynowie budynki są od 4 do 11 kondygnacji. Większym zróżnicowaniem form domów usiłowaliśmy zastąpić brak architektonicznych detali, które widać z bliska w starych częściach miast. Poza tym skala wnętrz urbanistycznych Ursynowa Północnego jest wzorowana na skali ulic historycznej Warszawy, jak np. Nowego Światu - jego długości, szerokości - to jest ulica powszechnie akceptowana, jest plac miejski z kościołem i sklepami wokół. Jest park ursynowski, jest wielkomiejska ulica KEN, jest zaułek pasaż Ursynowski. Każde mieszkanie ma słońce i widok na teren zielony. Tak więc Ursynów Płn. został ukształtowany na podstawie związków Kultury i Natury. I to jest podstawowym wzorcem. Ostatnio częściej słychać o takich zaletach Ursynowa. Ale pamiętam parapetówki na Kabatach pod koniec lat 90. Siedzieliśmy na swoich nowych balkonach i patrzyliśmy na stary Ursynów jak na ponure tło, zbiór pudełkowatych klocków bez dachów, gdzie nawet adres trudno odnaleźć. Nie widzieliśmy owej różnorodności, o którą walczył pan z systemem. - Nie ma wątpliwości, że system budowania taki jak na Kabatach - do ulicy, a z drugiej strony do jakiegoś dziedzińca czy ciągu zielonego jest systemem tradycyjnym, zrozumiałym przez wszystkich. Generalnie tak się powinno budować. Wbrew pozorom Ursynów jest oparty na podobnych zasadach, które z uwagi na konieczność budowania w ramach megasystemów musieliśmy sublimować. Uliczka ursynowska nie ma domów ustawionych pod sznurek ani sklepów w parterach. Ma za to krajobrazowy teren i ziemię, i zasadę trzech równoległych ciągów: jezdnego, pieszego i zielonego, tworzących sieć. Nowe osiedla na Kabatach przy ul. Wąwozowej i Bronikowskiego mają pierwszorzędne, świetnie zaprojektowane miejsca z placykiem, fontanną i uliczkami dla pieszych, z kawiarniami. Ale na Kabatach są też straszne rzeczy. Ten labirynt ogrodzeń. To stłoczenie budynków, że sąsiedzi mogą sobie podawać ręce z okna do okna. Osiedla są zbudowanie tak gęsto i wysoko, choć to są peryferia miasta. W niektórych rejonach to budowa na poziomie intensywności XIX-wiecznych kamienic w Śródmieściu, typowych domów studni. Po prostu kryminał. Czy dostrzega pan jakiś błąd w planowaniu Ursynowa? - Największym błędem planistycznym, który mogę sobie przypisać, była próba przeniesienia rozwiązań z Danii, gdzie pracowałem dwa lata. Byłem zupełnie oszołomiony humanizmem tamtego systemu. Całe państwo było otwarte i do usług dla każdego obywatela. Ursynów, jeśli chodzi o program społeczny i oświatowy, był oparty właśnie o duńskie modele. Ale one zostały w polskim, a ściślej ursynowskim społeczeństwie odrzucone. Co odrzucili mieszkańcy Ursynowa? - Podstawowym miejscem społecznego pierwszego kontaktu w Danii była pralnia, a przy niej mały barek. Druga rzecz - małe punkty opieki nad dziećmi. Na dziesięcioro, kilkanaścioro dzieci. I jeden niań, bo w Danii takie przedszkola prowadzili głównie faceci. Te elementy były rozsiane wszędzie. Na Ursynowie powstało 35 takich pralni z klubami, barkami. Trzeba pamiętać, że wtedy w polskich mieszkaniach królowała pralka Frania. A w klubach były nowoczesne automaty. Na Ursynowie nie było ani jednego przedszkola. A kluby dziecięce już funkcjonowały i mimo to się nie przyjęły. Wszystko ostatecznie padło po stanie wojennym. Zamykanie klubów zaczęło się w latach 80. Ludzie nie chcieli się integrować? - Myślę, że wygrała polska tradycja, w której tradycyjna rodzina jest najważniejsza. Ludzie mogli też postrzegać te kluby jako coś narzuconego odgórnie. Poza tym młodzi animatorzy i działacze w klubach byli inni, w zachowaniach, w sposobie ubierania. To była grupa SYNAPSIS prowadzona przez Kazimierza Jankowskiego, znanego psychiatrę zajmującego się sprawami życia społecznego. Powstał konflikt. Z jednej strony władze spółdzielni, a z drugiej - ludzie z uniwersyteckim wykształceniem, zafascynowani bezstresowym wychowywaniem. Nie było porozumienia. Animatorzy wydawali się obcy, nie zostali zaakceptowani. Mimo że na Ursynowie zamieszkiwali w dużym stopniu ludzie z średnim i wyższym wykształceniem. Na planowanym jako modelowe osiedle Ursynowie nie udało się zrealizować wielu obiektów. Dziś są tam puste miejsca. Niektórzy wskazują to jako zaletę. Teraz można tam wybudować np. przedszkole czy punkt usługowy. Tymczasem na nowych osiedlach na nic oprócz domów nie ma już miejsca. - To prawda. Ale spójrzmy też prawdzie w oczy, na Ursynowie Płn. puste miejsca wypełnia komercyjna zabudowa mieszkaniowa. Ale w nowej części Wilanowa w ogóle nie ma szkoły publicznej. Mieszkańcy mówią: co z tego, że na budynku mam elegancki kamień, ale mieszkam gorzej niż na peerelowskim blokowisku, bo nie mam drogi, nie mam szkoły, sklepu. - Bo pojęcie programowania i obowiązkowej lokalizacji infrastruktury społecznej wraz z rokiem 1989 zniknęło jako sprzeczne z ideologią obowiązującą. Stosunek do przestrzeni naszych głównych partii, które walczą o władzę, jest taki sam. Całkowicie olewają te sprawy. Nie mają żadnych oporów, by całą przestrzeń miasta oddawać na rzecz biznesu. A przecież podstawowe zadanie polityków lokalnych to dbać o relacje między obywatelem a jego przestrzenią. I żeby ta przestrzeń była rzeczywiście przestrzenią dobrą do życia. Jak to zrobić? - Procesy społeczne można regulować, pod warunkiem że ustanowimy odpowiednie prawo, które ukierunkowuje na określony cel, a nie na cele dowolne. Nowe osiedle nie może powstawać byle gdzie. Ale w Warszawie nie mamy planów, które określają, co i gdzie można zbudować. Władze miejskie tłumaczą, że tego nie da się zrobić. To fikcja. Nie daje się zrobić, bo się nie chce. A dlaczego? Bardzo proste, można wtedy wejść w układy. Przecież Franek jest wielkim deweloperem, a - powiedzmy - Józek wiceprezydentem. I co? Właśnie i co? - Bynajmniej nie chodzi mi o jakiś zblatowany układ. Chodzi o podkreślenie, że wśród ludzi polityki powszechna jest wiara, iż tylko obrót finansowy się liczy. Co to znaczy? Jako wiceprezydent pomogę deweloperowi, żeby on obrócił pieniędzmi. To chyba dobrze, prawda? Będzie więcej miejsc pracy, podatku - tak się mówi. A tymczasem celem jest, by Franek obrócił pieniędzmi. On i wiceprezydent naprawdę wierzą, że to, co robią, jest dobre dla wszystkich. Jeżeli Franek zarabia kupę pieniędzy, to świetnie. Wszyscy powinni się cieszyć. Prawda objawiona i skończona. Źle, że Franek zarabia? - Nie, tylko mówię, że nie jest dobrze, że zarabia kosztem innych obywateli miasta, których praw np. do nowej szkoły się nie uwzględnia, choć potrzeby zysku dewelopera są zaspokajane. A gdzie cele społeczne, które w ogóle nie obchodzą dewelopera? Gdzie właśnie owa szkoła, gdzie usługi, boiska? Gdzie w tym wszystkim człowiek? Ktoś tu jest winien? - Odpowiedź znacznie przekracza tę rozmowę, ale w jej ramach to przede wszystkim władze miasta. Architekci nie? - Architekci mają wiedzę na temat tego, co się dzieje, jedni gorąco wierzą, że staną się członkiem biznesowej elity światowej, i dla takiego celu są skłonni zrobić wszystko, inni uważają, że ta moc, którą reprezentuje światowa elita finansowa, jest nie do przewalczenia. I działają w myśl zasady: jak nie możesz zwyciężyć, to się przyłącz. Większość chce po prostu przeżyć. To jakie jest wyjście? - Systemowi ponadnarodowych finansów, którego celem jest wyłącznie mnożenie zysków i zawłaszczanie, musi bardzo silnie przeciwstawić się demokracja lokalna. Ona musi tworzyć takie tamy, by ta wielka moc międzynarodowego kapitału nie służyła wyłącznie mnożeniu zysku, ale by obracała się także na korzyść obywateli. Bo wprawdzie globalizacja jest nieuchronna, ale musi być równoważona lokalnie przez pewien administracyjny i finansowy związek każdego człowieka z przestrzenią, w której on funkcjonuje. A władza lokalna w Polsce, w Warszawie równoważy globalny biznes? - W Polsce jest chyba bardzo różnie, ale w Warszawie ta władza nie jest de facto lokalna, bo choć wybrana demokratycznie, głównie oddaje władzę wielkim siłom ponadnarodowych finansów. One są jak pogoda - muszą istnieć. Ale, powtarzam, muszą też znaleźć na swojej drodze siłę, która nie pozwoli używać ich mocy destrukcyjnie. To tak jak z energią jądrową - może walnąć i zniszczyć wszystko, albo możemy z niej mieć elektryczność. Lokalna władza musi tworzyć lokalne prawo, jakim jest dobry plan zagospodarowania. To prawo, które wymusza funkcjonowanie całej gospodarczej rzeczywistości na rzecz miasta jako przestrzeni obywatelskiej, a nie po to tylko, żeby deweloper mógł sprzedać dom z 200-procentowym zyskiem. Jeżeli inwestor chce zmaksymalizować zysk, to na starym osiedlu stawia budynek wysokości kilkudziesięciu metrów czy więcej zasłaniający światło i krajobraz. Władze lokalne mówią: proszę bardzo, zgadzamy się. Choć przecież obniżają w ten sposób standard przestrzeni życia dotychczasowych mieszkańców. Inwestor zwykle argumentuje, że robi coś na swojej przestrzeni. - Co to znaczy na swojej? A co to znaczy przestrzeń gminy? A czy słońce, które do nas dociera jest czyjeś? Jak ktoś kupi sobie działkę i ma akt notarialny... - A energia słoneczna, niezbędna do życia do kogo należy? Jej nie można notarialnie zapisać. - Ale to bardzo określona energia i wartość. Ale jej nie zapisujemy. - Nie zapisujemy. I teraz ktoś przed pana domem wybuduje gmach, że w ogóle nie będzie pan miał słońca. Pan umrze albo oszaleje z tego powodu, bo bez energii słonecznej nie ma życia. Tak samo jest z wodą. Jeżeli wszyscy mają równe prawa do życia, to trzeba ustalić jednoznacznie zakres praw dostępnych dla wszystkich. To obowiązek polityków. Takie prawo musi być precyzyjne, by gmina mogła je egzekwować od każdego. Prawo do słońca i do zieleni? - ...do powietrza, czystej wody, do wszystkich naturalnych warunków podtrzymujących życie, tzn. również do edukacji, do zdrowia, jak również walki o dominację czy dostęp do prawdziwej informacji. Nikt nie chciałby, aby władze zezwalały na to, by jakaś budowla odcięła jego dom od słońca. Z drugiej strony gąszcz przepisów pęta inwestorów, przeciąga w nieskończoność przygotowywanie budów. Do tego dochodzi czas na rozpatrywanie protestów społecznych, odwołań od wyroków. Inwestorzy alarmują, że bez liberalizacji prawa nie zdążymy z inwestycjami na Euro 2012. A pan proponuje kolejne ograniczenia w inwestowaniu. - Nie chodzi o kolejne regulacje. Chodzi o ich ujednolicenie, ukierunkowanie na najważniejszą wartość - życie. Proponuję wprowadzenie do nowej konstytucji, że najwyższą wartością w przekształcaniu przestrzeni Ziemi jest podtrzymywanie warunków umożliwiających życie. To musi mieć wyższą rangę niż święta własność prywatna. Bo prawo do życia mają wszyscy. A Ziemia jest jedyną znaną planetą, na której życie powstało. Obrona naturalnych warunków do życia, to obowiązek władzy. Tam, gdzie mieszkamy - tej lokalnej. Jeśli dziś zjawia się inwestor i mówi, że może zrobić wszystko, to znaczy, że władza lokalna już nie istnieje. Dariusz Bartoszewicz, Wojciech Tymowski, GW

Podepnij swój artykuł

tagi

Architektura Roku Województwa Śląskiego 2018 – znamy wyniki konkursu architektonicznego
Architektura Roku Województwa Śląskiego 2018 – znamy wyniki konkursu architektonicznego

Architektura Roku Województwa Śląskiego 2018 oraz Najlepsza Przestrzeń Publiczna 2018 – to dwa konku ...

Horizone Studio projektuje w Krakowie
Horizone Studio projektuje w Krakowie

Horizone Studio jest odpowiedzialne za projekt architektoniczny zespołu sześciu domów jednorodzinnyc ...

Filharmonia w Jekaterynburgu nowy projekt architektoniczny od Zahy Hadid
Filharmonia w Jekaterynburgu nowy projekt architektoniczny od Zahy Hadid

Filharmonia w Jekaterynburgu – to jeden z nowszych projektów architektonicznych pracowni Zahy Hadid, ...

KOMENTARZE
Komentarze
Brak komentarzy
Zaloguj się, aby dodać komentarz

Nie przegap okazji!!!

zapisz się do naszego newslettera