Chcesz być na bieżąco? Zapisz się do naszego newslettera


Bez miękkiego lądowania

 

Czas czytania: ~8 min


qV9OWlNkg4ABW94Z7j2BcOfSJJsshPd4ejD7vt8Yr16lHM1cwts1L2s5qib7_emergexit1.jpg
„I’m confused”. W dyskusji grupy obcokrajowców wychodzących z polskiego pawilonu na weneckim Biennale Architektury te słowa powtórzyły się kilkakrotnie. Trudno nie przyznać im racji. Opuszczając wystawę, odczuwa się zakłopotanie. Bo właściwie trudno powiedzieć, o co w niej chodzi… Ideą przewodnią polskiej instalacji „Emergency Exit” na 12 Biennale Architektury w Wenecji jest „próba przekroczenia logiki miejskiej rzeczywistości poprzez stworzenie „przenośnych dziur teleportacyjnych”: przestrzeni pomiędzy, obszarów niepewności i wątpliwości, nieciągłości czasoprzestrzennych takich jak porzucone czy niewykończone budynki, miejsca katastrof czy wypadków, nielegalne targowiska, dachy czy tunele.” . W ten sposób autorki – artystka Agnieszka Kurant i architekt Aleksandra Wasilkowska pracujące z kuratorem Eliasem Redstonem – chciały pokazać, że miasto jest organizmem złożonym i nieprzewidywalnym, który zbudowany jest nie tylko z warstwy materialnej, ale także nakładającej się na nią niematerialnej sfery wyobrażeń, mitów, plotek i fantazji. Obecność tej drugiej sprawia, że projektanci miast – architekci i urbaniści – nie są w stanie zaplanować, czy choćby przewidzieć wszystkich procesów, jakie będą zachodzić w kreowanej przez nich przestrzeni, jak będzie ona funkcjonować. Istnienie tej nieuchwytnej „wartości dodanej” z jednej strony stanowi zagrożenie dla porządku i bezpieczeństwa, z drugiej jednak pozwala uniknąć zamknięcia w ściśle uporządkowanych, a przez to ograniczających strukturach i umożliwia spontaniczne działania będące wyrazem wolności jednostki. To właśnie wolność dająca szansę na zaspokajanie różnych, często sprzecznych, potrzeb mieszkańców miast jest źródłem modyfikacji kształtowanego przez planistów porządku. Prawdziwymi twórcami miasta są więc nie projektanci, a codzienni użytkownicy wchodzący w emocjonalne relacje z otaczającą ich przestrzenią. Zwiedzający polską ekspozycję zostaje postawiony w sytuacji wyjątkowo trudnej. Po pierwsze dlatego, że chcąc dowiedzieć się, co tak naprawdę powinien w pawilonie Polonia zobaczyć, musi zgłębić towarzyszący wystawie opis kuratorski. Po drugie – wymaga się od niego, żeby na podstawie namiastki tego, o czym przeczytał oraz projekcji wideo wyobraził sobie, jak miała ona funkcjonować i czego mógłby wówczas doświadczyć. Trudno oczekiwać, że w natłoku wrażeń towarzyszących zwiedzaniu dziesiątek innych wystaw, uda się go do tego nakłonić. Szansa została zmarnowana. A szkoda, bo myśl leżąca u podstawy polskiej prezentacji pozwalała mieć nadzieję na ekspozycję interesującą i angażującą widzów. Podjęty przez jej autorów problem jest niewątpliwie ważny i wart uwagi, a przy tym doskonale wpisuje się w przyświecający tegorocznemu biennale temat „spotkania ludzi w architekturze” i ich relacji z otaczającą przestrzenią. Punkt wyjścia był dobry, problemem okazała się materializacja idei. Oddając autorkom pracy sprawiedliwość, przyznać trzeba, że pod względem wizualnym instalacja prezentuje się ciekawie. Ułożona z metalowych klatek do transportu drobiu konstrukcja tworzy intrygującą, piętrzącą się pod sufit strukturę architektoniczną. Odbijające się od niej światło reflektorów rozjaśnia pogrążone w ciemności wnętrze i w połączeniu z niebieskim blaskiem neonów („Emergency Exit” i „Jump at your own risk”) wprowadza tajemniczy, oniryczny nastrój. Ale przecież nie tylko o efekt estetyczny chodzi, zwłaszcza że, zgodnie z założeniem twórczyń wystawy, ta surrealistyczna konstrukcja miała być tylko narzędziem – kryć w sobie „drogę na szczyt”. Pokonawszy ją, widz miał spojrzeć na kłębiące się w dole chmury i „na własne ryzyko”, z bijącym z niepokoju sercem oddać skok w mroczną otchłań, gdzie czekać miał na niego materac zapewniający miękkie lądowanie. Tak skonstruowana wystawa miała wciągać zwiedzających w interakcje, dać im szansę doświadczenia symbolicznego skoku w inną rzeczywistość, będącego metaforą „ostatecznej wolności i miejskiego eskapizmu” i, co ważne, dostępnego dla wszystkich. No właśnie. Miał. Miała. Miało. Mówiąc o wystawie w polskim pawilonie najwięcej uwagi poświęca się założeniom jej twórców. Tymczasem widz dostaje półprodukt, ułamek tego, w czym mógłby uczestniczyć, gdyby znalazł się w niewielkim gronie wybranych. Dostęp do „eksperymentu z wolnością” okazał się bowiem niezwykle elitarny – możliwy był jedynie w „fazie testowej” (cokolwiek to w przypadku wystawy oznacza). Na zwykłych śmiertelników czeka zaś wspomniana budowla z klatek, monitor, na którym można zobaczyć, jak wyglądały „skoki w chmury” oraz wyświetlany na podłodze o stóp konstrukcji obraz skaczącej postaci. Nie ma obłoków, wejście na konstrukcję jest zagrodzone, a zwiedzających wita kartka z informacją, że wdrapywanie się na instalację jest zabronione. Wszystko to sprawia, że dość szybko zaczyna się szukać tytułowego „wyjścia awaryjnego”. Autorzy wystawy mówią o skoku w nieznane jako spontanicznych, ekscytujących działaniach umożliwiających wyrwanie się ze zbyt racjonalnej rzeczywistości. Ale rozpatrywana w kontekście ucieczki od codzienności konstrukcja z klatek przestaje być po prostu „skocznią”, a zaczyna nasuwać myśl o opresji, o architekturze i mieście, które ograniczają i są źródłem zniewolenia. Stąd już tylko krok do konkluzji, że skok w tajemniczą otchłań to nie tyle „teleportowanie się” w inny wymiar w poszukiwaniu nowych doświadczeń czy poddanie się własnym emocjom i pragnieniom wykraczającym poza sztywne ramy obowiązujących systemów, co desperacka ucieczka z wrogiej rzeczywistości. W obliczu braku miękkiego materaca oraz chmur, które spowijałby instalację aurą niedosłowności, rzucony na podłogę obraz spadającego człowieka nasuwa raczej skojarzenia ze skokiem samobójcy niż z podniecającym, nowym doznaniem rzucenia się w nieznane. „Dziury teleportacyjne” to jednak nie koniec zaszyfrowanych w polskiej instalacji znaczeń. Kształt zbudowanej z klatek struktury, przywołujący na myśl abstrakcyjną konstrukcję architektoniczną, w założeniu autorek „nawiązuje do form niszczejących monumentalnych obiektów sportowych takich jak skocznia narciarska na warszawskim Mokotowie” i w ten sposób staje się „surrealistycznym symbolem architektury okresu peerelowskiego, obecnie w stanie ruiny”. Jej celem jest zaś „zapoczątkowanie nowego fikcyjnego sportu miejskiego”. W tej sytuacji nasuwa się pytanie, co łączy dwa główne wątki wystawy? Czy odwołanie do sportu nie jest przypadkiem dodanym nieco na siłę ukłonem w stronę pierwotnej koncepcji Redstone’a, który zakładał, że polska ekspozycja będzie się odnosić do historii przestrzeni sportowo-rekreacyjnych w różnych systemach politycznych, a także prezentować potencjał budynków i przestrzeni publicznej w promowaniu uprawiania sportu? W kontekście idei przewodniej, odniesienia do sportu i architektury modernistycznej wydają się niezrozumiałą próbą implikowania kolejnej warstwy znaczeń niewiele wnoszących do samego tematu. Biorąc pod uwagę zarówno na efekt, jak i wydarzenia, które doprowadziły do powstania polskiej wystawy na Biennale Architektury w Wenecji w 2010 r., szczególnego znaczenia nabiera jej tytuł. Cała historia jawi się bowiem jako „wyjście awaryjne” – począwszy od nierozstrzygniętego konkursu, na który, zdaniem jurorów, nie wpłynęła ani jedna praca na zadowalającym poziomie, przez wybór kuratora z zewnętrz – Eliasa Redstone’a – którego organizator polskiej wystawy, galeria Zachęta, dokonał na podstawie nieoficjalnych konsultacji z niewielkim gronem ekspertów (w tym kuratorami poprzedniej, nagrodzonej Złotym Lwem polskiej wystawy), po ogłoszenie przez Redstone’a kolejnego, tym razem zamkniętego konkursu dla kliku znanych mu pracowni architektonicznych. W efekcie wybrano pracę Kurant i Wasilkowskiej, które startowały w pierwszym, otwartym konkursie i były najbliżej zwycięstwa, tyle że ich projekt uznano za niemożliwy do zrealizowania (jak się okazało, ten drugi też zrealizowany został tylko częściowo). Protesty i kontrowersje, jakie towarzyszyły narodzinom polskiej wystawy, przyćmiły dyskusję nad jej, ciekawą skądinąd, ideą. Pozostała ona także w cieniu niepowodzenia, jakim okazała się sama ekspozycja. Kolejne rozczarowanie przyniosła przygoda z Eliasem Redstonem, który jest przecież uznanym i doświadczonym kuratorem, mającym w swoim dorobku współpracę z tak prestiżowymi instytucjami jak The Architecture Foundation w Londynie, Tate Modern, Victoria & Albert Museum, Design Museum czy nowojorskim MoMA. Oczekiwania mogły więc być duże. Tymczasem trudno oprzeć się wrażeniu, że albo rolę kuratora polskiej wystawy na Biennale Architektury potraktował jako zajęcie mocno marginalne, albo jemu także zabrakło pomysłu, co z tym fantem zrobić. Mało tego, dobry scenariusz to jedna strona medalu, a jego realizacja – druga. Wystawa po prostu nie działa. Kurator i autorki pracy nie przewidzieli, że okaże się niebezpieczna dla odbiorców. Konieczne stało się wyeliminowanie z niej tego, co najciekawsze i de facto stanowiące jej kwintesencję. Nie bez powodu na twarzach wychodzących z polskiego pawilonu widać wielki znak zapytania. Decyzja Zachęty była skokiem ryzykownym. Mógł się on zakończyć sukcesem – na materacu amortyzującym wcześniejsze kontrowersje i ostrą krytykę, w myśl zasady, że zwycięzcy zawsze mają rację. Stało się jednak inaczej. Miękkiego lądowania nie było. Daniela Szymczak
FNKwwCcKHolG0yjDNN5sbOq6jQAfEJUJq33k97d9dKjadGxeXl33VCdWJuEc_emexit2.jpg
t6GLT8vXdKCpx3SrNh3lgZvuXbVHKpA2HUpjYTn1TC5AsWK8wiJ0o0TmMxf5_emergexit3.jpg

Podepnij swój artykuł

tagi

Znamy zwycięzców Konkursu Koło 2018
Znamy zwycięzców Konkursu Koło 2018

Konkurs Koło w tym roku obchodził swój jubileusz – odbyła się jego 20. edycja. Jego celem od początk ...

Face2Face Business Campus
Face2Face Business Campus

Face2Face Business Campus swoją nazwę zawdzięcza wzajemnemu ustawieniu dwóch budynków, z których zło ...

Ażurowy szpital
Ażurowy szpital

Na gmach szpitala, który powstać ma w mieście Tambacounda w południowej części Senegalu rozpisany by ...

KOMENTARZE
Komentarze
Brak komentarzy
Zaloguj się, aby dodać komentarz

Nie przegap okazji!!!

zapisz się do naszego newslettera