Ucieczka z Hollywood? - Sztuka architektury

Chcesz być na bieżąco? Zapisz się do naszego newslettera


Ucieczka z Hollywood?

 

Czas czytania: ~11 min


nh1ntjOyhyzCddVhJv0kzJSsRhfjc5SwnULeVlIT52PEjwRdWco4kOmVMrIh_rem-koolhaas.jpg
Najsilniejszy impuls rozwojowy dla architektury i urbanistyki idzie z Chin i Bliskiego Wschodu – mówi w wywiadzie Rem Koolhaas.

Projektuje Pan budynki w Europie, USA, nad Zatoką Perską i w Chinach. Z której części świata spodziewa się pan nadejścia najsilniejszego impulsu rozwojowego dla architektury i urbanistyki w przyszłości?

Najsilniejszy impuls przyjdzie bez wątpienia z Chin i Bliskiego Wschodu, a także z Indii. Intelektualna siła Zachodu wciąż wprawdzie jest dominująca, ale inne kultury stają się coraz silniejsze. Spodziewam się, że rozwinie się nowy sposób myślenia o architekturze i urbanistyce i że on w niewielkim stopniu będzie bazował na naszym modelu. Jest wielu dobrych, młodych architektów w Chinach. Pytaniem bez odpowiedzi jest natomiast kwestia, czy nasza współpraca i postępujące umiędzynarodowienie będzie skutkowało stworzeniem wspólnego języka architektonicznego, czy powstanie mieszanka ich obu, czy będziemy mówić dwoma różnymi językami.

Podczas ostatniego wykładu w Dubaju pokazał Pan dwa slajdy. Pierwszy przedstawiał serię wieżowców-ikon, zaprojektowanych przez pana samego, Zahę Hadid i innych znanych architektów. Drugi to była kolekcja wysokościowców, których autorami są architekci nieznani. Te obrazki były zadziwiająco podobne.

Bardzo mnie męczy określenie „starchitekci”. To stwarza wrażenie, że jesteśmy ludźmi bez serca, egoistami, maniakami własnej twórczości, którzy projektują budynki zupełnie nie związane z żadnym kontekstem. Według mnie, to groteskowe i niezbyt pochlebne określenie dla przedstawicieli naszego zawodu. Jednocześnie, nie da się uciec od tego, że jesteśmy sterowani przez rynek i deweloperów, którzy starają się zmusić nas do stosowania pewnych form. Spędziłem bardzo dużo czasu rozmyślając o najlepszym sposobie uniknięcia tego typu nacisków. Dlatego zdecydowałem się po prostu to zademonstrować: nie ma tak naprawdę różnicy między budynkami, projektowanymi przez tzw. starchitektów, a pozostałych projektantów.

Kiedy pracuje Pan nad jakimś dużym projektem, ile czasu musi pan poświęcić na zapoznanie się z miejscem, ze specyficznym kontekstem? W Dubaju na przykład w ciągu zaledwie roku zaprojektował pan miasto dla 1,5 miliona ludzi, znane jako Waterfront City.

Tam jest bardzo mało czasu na poszukiwania, stąd tendencja do naśladowania założeń i rozwiązań. To efekt tempa, w jakim się tam pracuje i nadmiernego pędu do spektakularności. Kolejnym determinującym czynnikiem jest oczekiwanie, że wszystko będzie „ekologiczne”. Jesteśmy zainteresowani tą ideą od lat 60-tych, więc na tym gruncie mamy duże doświadczenie i czujemy się pewnie. Ale teraz sprawa jest bardziej skomplikowana, bo „ekologiczność” to kategoria polityczna. Staje się ornamentem. Coraz częściej projekty wygrywają konkursy, bo są „zielone” i dlatego, że gdzieś mają umieszczony mały wiatrak…

Najwyraźniej nie podoba się Panu taka idea ekologii…

Bo staje się ona pustą formą i sprawia, że coraz trudniej myśleć o ekologii bez ironii. Z drugiej strony, z tej popularności ekologicznych rozwiązań wynikają pewne korzyści. Bardzo długo pracowaliśmy nad budowaniem w ten sposób, nad możliwością rezygnacji, na ile to możliwe, z tradycyjnej klimatyzacji, unikaniem niepotrzebnej ekspozycji w kierunku słońca i tworzeniu brył, które będą rzucać cień. Dawniej było bardzo trudno zainteresować kogoś takimi rozwiązaniami, podczas gdy dzisiaj klienci chętnie za to płacą.

Pana miasto Waterfront City w Dubaju też wydaje się ekologiczne. Co dokładnie chciał Pan osiągnąć przez ten projekt?

Moim celem było stworzenie dobrego fragmentu miasta w Dubaju, który jest prawdziwą metropolią. Najważniejsze jest to, że zawiera on prawdziwą przestrzeń publiczną, a nie jej karykaturę, jaką są centra handlowe. Jestem bardzo wdzięczny rządowi Dubaju za to, że mogliśmy w Watefront City umieścić sąd, szpital i końcowe stacje dwóch linii metra. Innymi słowy: ta przestrzeń będzie miała rozpoznawalną identyfikację: składniki, które charakteryzują architektoniczny krajobraz Dubaju, ale też prawdziwe, miejskie życie.

…którego tam wciąż brakuje?

Nie tyle go brakuje, co raczej jest źle zorganizowane. Nasze założenie znajduje się w sąsiedztwie Deiry – historycznego centrum Dubaju – która jest w stu procentach miejska. To miejsce niewiarygodnie zatłoczone, ekscytujące i piękne tym rodzajem piękna, które prawdopodobnie będzie już wkrótce potrzebować naszej opieki. Według mnie, my – planiści miejscy – będziemy musieli w przyszłości spędzać wiele czasu zastanawiając się nie tylko nad tym, jak planować nowe fragmenty miasta, ale i nad tym, jak zachować te istniejące.

Innymi słowy, nastąpi kres europejskich miast jako centrów światowej kultury? Czy już wkrótce będą one tylko historycznym wspomnieniem?

Dokładnie. Chociaż tak naprawdę wcale nie żegnamy europejskich miast – ciągle tu są. Ale zbyt długo były one traktowane jako standard, jedyny właściwy model. To jest w istocie tragedia ostatnich 20 lat. Ponieważ nasze poglądy na architekturę traktujemy jako standard i jesteśmy wręcz opętani współczesną architekturą, wszystko inne wydaje się niewłaściwe. Jesteśmy przeciw Chinom i przeciw Dubajowi, bo to, co tam powstaje, nie jest europejskie. Być może jest to jeden z europejskich problemów w bardzo szerokim sensie: tak bardzo zasklepiliśmy się w naszym modelu, że nie potrafimy myśleć kategoriami innego świata.

Krytycy tego, co buduje się nad Zatoką, nazywają to Disneylandem…

Tak naprawdę, ciągłe przywoływanie „klątwy Disney’a” mówi więcej o stagnacji wyobraźni zachodnich krytyków, niż o miastach nad Zatoką. To, co buduje tam nasze biuro wszędzie jest przedmiotem kontrowersji, ale zauważyłem, że ludzie, którzy żyją teraz w Chinach lub nad Zatoką są przeważnie otwarci na nasze idee.

Czy obiekty, które powstają w Dubaju, można porównać z „Centrum Nauki”, które zaprojektował Pan dla Hamburga – do tego spektakularnego kręgu ułożonych w stosy kontenerów?

Jedyne, co tak naprawdę jest podobne w obu przypadkach, to to, że w obu miejscach zajmowaliśmy się dużym projektem, kierowanym przez deweloperów. Ludzie często nie są w stanie rozpoznać różnic między takimi projektami, a tymczasem prawdziwa różnica tkwi w warunkach panujących w Hamburgu i w Dubaju, w środowisku politycznym, zakresie swobody, jaką się daje architektowi. A to z kolei najważniejsze punkty charakteryzujące współczesną architekturę. Bo w istocie próbujemy tymi samymi materiałami wypełnić formy, wynikające z lokalnych uwarunkowań.

Narzeka Pan, że nowoczesna architektura sprowadza się do prymatu ikony, nadawania jej roli arbitralnej. Z drugiej strony, sam pan wykreował kilka z najbardziej rozpoznawalnych budynków na świecie, zwłaszcza budynek dla chińskiej telewizji CCTV w Pekinie.

Jestem jednocześnie krytykiem i architektem i, szczerze mówiąc, nie czuję się zobligowany do tego, żeby zawsze w pracy być wiernym swoim teoriom. To oczywiście jest głęboka sprzeczność. Możliwości, jakie stwarza nasza rzeczywistość, w której wszystko jest na sprzedaż, dodatkowo te sprzeczności prowokują. Mimo to, staramy się budować konstrukcje o zróżnicowanych, zmiennych cechach – to znaczy budynki, które mają jakąś głębię. Weźmy na przykład kompleks dla CCTV. Teraz jest prawie gotowy (wywiad został przeprowadzony w lipcu 2008 r. – przyp. red) i sposób, w jaki będzie funkcjonował w otoczeniu, staje się jasny. Wygląda inaczej z każdego punktu, nieważne, gdzie staniesz. Przedpole i tło nieustannie się zmieniają. Nie stworzyliśmy jednego wizerunku, ale 400. O to właśnie nam chodziło – stworzyć wieloznaczność i złożoność, żeby uciec od oczywistości.

Czy to oznacza, że ikony XX wieku – wieżowce, strzeliste, wertykalne konstrukcje, powoli odchodzą w przeszłość?

W XX wieku było wiele typów budynków. Dziś pozostały nam właściwie tylko dwa: dom i wieża. Nie ma nic pomiędzy. Widziałem już kilka symptomów zmiany tej sytuacji, ale na przykład w Chinach i Rosji doświadczamy obecnie prawdziwej apoteozy wieży.

Co pan myśli o wieżowcach, które nieustannie walczą o tytuł najwyższego budynku na świecie? Czy któryś z nich się panu podoba?

Cóż, myślę, że to po prostu śmieszne. Obiektywnie rzecz biorąc, niektóre z nich nawet mi się podobają, na przykład Burj Dubai. Chyba przede wszystkim dlatego, że wygląda dość absurdalnie – budynek, który jest znacznie wyższy niż wszystko, co zostało kiedykolwiek zbudowane. Nie mogę oprzeć się jego urokowi, chociaż z intelektualnego punktu widzenia z całą stanowczością odrzucam ten wyścig.

A co przyjdzie po wieżowcach?

Wysokość staje się coraz mniej ważnym czynnikiem, podczas gdy coraz istotniejsza staje się wielkość budynków. W średniowieczu największe budynki miały około 200 m² powierzchni, w renesansie mogły mieć nawet 10 tysięcy m², a w XIX wieku już po 40 tysięcy. Dziś budujemy kompleksy o powierzchni 500 tysięcy m². Z tą zmianą wielkości wiążą się określone konsekwencje. Jedną z nich jest to, że zaczynamy budować obiekty wielofunkcyjne, bo tak dużych budynków po prostu nie można zapełnić jedną funkcją.

Więc na przykład Burj Dubai jest podzielony na 50 pięter biur, 50 hotelu i kolejne tyle – apartamentów.

Właśnie. Kolejną konsekwencją jest to, że nasza uwaga przenosi się na wnętrza, bo potężne budynki mają mniejszy kontakt ze światem zewnętrznym. Poza tym, musimy sobie radzić z różnymi strefami we wnętrzach takich kompleksów – strefami, które są zajmowane przez zupełnie odmienne funkcje, mają całkowicie różny metabolizm, różne tempo, są w ciągłym ruchu – modernizowane, naprawiane, albo przerabiane na inne funkcje.

Kilka lat temu był Pan w Lagos – największym mieście w Nigerii i wrócił pan stamtąd z przesłaniem pokory: Architekci, pozwólcie, by rzeczy biegły swoim naturalnym torem i wróćcie do rzeczywistości!

Kiedy po raz pierwszy pojechałem do Lagos, zobaczyłem kompletnie niefunkcjonalne miasto, które zmuszało jego 10-milionową społeczność do ciągłego szukania sposobu na przetrwanie. Przypominało mi to proces „pionowego samoporządkowania” – termin, który był wówczas w modzie. W międzyczasie, studiowałem historię tego miasta i stało się dla mnie jasne, że to samo zjawisko jest w istocie obecne w ramach struktury wykreowanej przez modernistycznych myślicieli, architektów i urbanistów.

W Lagos ukuł Pan termin „śmieciowej przestrzeni”. Jak ona funkcjonuje w architekturze Europie?

Wyrażenie to opisuje skutki, jakie ma dla architektury wszechobecna komercjalizacja i jej wpływ na piękno, autentyczność i akceptowalność budynków. To ironia losu, że zbyt duży nacisk kładziony na ekonomię w zachodniej architekturze pcha nas w kierunku permanentnego chaosu. W przeszłości lotnisko mogło być po prostu dumne z tego, że jego ścieżki od wejścia to hali odlotów są krótkie i bezpośrednie. Teraz coraz większa ilość centrów handlowych przekształca lotniska w labirynty. Innymi słowy, wychodząc od paradygmatu klarowności za sprawą komercji zmierzamy w kierunku paradygmatu chaosu.

Czy architektura i urbanistyka mogą zrobić cokolwiek, żeby zapobiec sytuacji, którą Pan opisał – wszechmocy handlu, atomizacji społeczeństwa?

Kiedy planowaliśmy siedzibę główną Universal Studios w Hollywood, podstawowym problemem firmy było to, że jej jednostki były rozrzucone na wielkim terenie. Postanowiliśmy więc zaprojektować budynek, który byłby rodzajem mechanizmu, ponownie skupiającego te elementy. Teraz zrobiliśmy coś podobnego z budynkiem CCTV. Zawarliśmy w nim strefę, którą nazywamy „pętlą odwiedzających”. To wspólna przestrzeń, umożliwiająca ludziom, którzy normalnie pracowaliby dalej w oddzielnych biurach, zbliżenie się do siebie.

Czy w ten sposób przełożył Pan na język współczesnej architektury koncepcję, ujętą przez amerykańskiego architekta, Louisa Sullivana, w krótką formułę: „forma podąża za funkcją”?

Niektóre nasze budynki w pełni stosują tę zasadę. Ale jak na ironię, ta idea funkcjonalności została do tego stopnia zapomniana, że dziś jest prawie zupełnie nieznana i wydaje się całkowicie nowym odkryciem. Modernizm był kształtowany przez ideę oświecenia i postępu i jakkolwiek niepewne mogą się nam te koncepcje dzisiaj wydawać, rezygnacja z nich byłaby absurdem. Zwłaszcza, że aż do dzisiaj nie było takiej sytuacji, że my – Europejczycy, mamy na tyle silną pozycję, że możemy dzielić się nimi ze światem. A to z kolei sprawia, że europejska architektura jest wiarygodna w erze globalizacji: bo jesteśmy zdolni stosować nasze tradycyjne schematy w mniej schematyczny sposób niż inni i możemy poświęcić więcej uwagi okolicznościom, w jakich żyją ludzie.

Źródło: Spiegel Online
oMGPWoZ9lsjb8XjAaUUUjgWOEyFyQqubrJHTXu4qTTy6jrJ0Z1WKo6rgMxZX_koocctv.jpg
FtcmOdEUkpzUpKHq04s4owr06ZIBN5v6BefQKmDnx2I1fEq5JUOZZqx9pVd2_kolscience-centre-hamburg-2.jpg
2XYiYTqqt8NsB55vQl4WBB3wc7jk4TMbhLx1k3Kb7DXa861oHiU1U2x7mKwa_kolwaterfront-city-dubai.jpg

Podepnij swój artykuł

tagi

Nowoczesny dom jednorodzinny na pochyłej działce
Nowoczesny dom jednorodzinny na pochyłej działce

Nowoczesny dom jednorodzinny projektu Łukasza Lewandowskiego stanął kilka lat temu w Rybniku. Na pro ...

Villa Metro – porządek w chaosie
Villa Metro – porządek w chaosie

Villa Metro – to nowoczesny i ekologiczny biurowiec, który stanął w zbiegu kilku wyjątkowo ruchliwyc ...

CWA House – nieregularna bryła architektoniczna od Beczak / Beczak Architekci
CWA House – nieregularna bryła architektoniczna od Beczak / Beczak Architekci

CWA House – realizacja architektoniczna z pracowni Beczak / Beczak Architekci – powstała niedaleko W ...

KOMENTARZE
Komentarze
Brak komentarzy
Zaloguj się, aby dodać komentarz

Nie przegap okazji!!!

zapisz się do naszego newslettera