Chcesz być na bieżąco? Zapisz się do naszego newslettera


Podróż w tandemie

 

Czas czytania: ~14 min


JSVy6a396CuEmEAIXu5mkYDUIaZP8znDYPimJl9AGF9OqmRgGIU0FlZxfYzC_sanaa.jpg
SANAA oznacza Sejima and Nishizawa and Associates i jest firmą, w której działacie razem. Jak to się zaczęło?

Kazuyo Sejima: Kiedy założyłam własne biuro w 1987 r., Nishizawa wciąż był studentem. Pracował dla mnie na pół etatu. Kiedy w 1990 r. skończył studia, zaczął pracę w moim biurze w pełnym wymiarze. Kiedy chciał odejść, by założyć własne biuro, zaproponowałam mu współpracę. I tak, w 1995 r., zaczęła się SANAA.

Ryue Nishizawa: Początkowo nie miałem zamiaru dołączać do biura Sejima-san, ale kiedy już zamierzałem odejść, uznaliśmy, że wspólna praca przy międzynarodowych konkursach i dużych projektach mogłaby być interesująca. Więc SANAA powstała głównie z myślą o takich dużych przedsięwzięciach, jak Muzeum XXI Wieku czy Nowe Muzeum. Ale mam też swoje własne biuro, w którym pracuję nad mniejszymi projektami: domami, sklepami, wnętrzami.
Więc Sejima była twoim szefem, a potem stała się partnerem, tak?

RN: Ona ciągle jest moim szefem! Tylko na zewnętrz wygląda to jak partnerstwo!

KS: Wcale nie. Prawda jest taka, że on zawsze był jednym z moich najważniejszych pracowników i zawsze było tak, jakbyśmy byli wspólnikami.

Możecie opisać swoją pracę? Kto właściwie przedstawia pomysły na projekty?

KS: Często jesteśmy pytani, czy jest między nami jakiś podział odpowiedzialności. Ale nie ma! Nasza praca nigdy nie wyglądała tak, że jedno z nas przedstawia szkic, a reszta załogi nad nim pracuje. Od samego początku jest tak, że cały zespół rzuca pomysły – jak rozwiązać to czy tamto – a potem dyskutujemy, w jakim kierunku pójdzie nasz projekt. Ale kiedy trzeba podjąć ostateczną decyzję, robimy to ja i Nishizawa.
B8OeX0bmHKJsQkIXFzOmCYQDR2P6CCOOvnAhx6FrApaMZrpHWvbIhqPaNc8e_sanaa2.jpg
Wasz budynek Nowego Muzeum na Manhattanie jest bardzo charakterystyczny – wygląda, jakby pudełka o różnym kształcie zostały ułożone w stos jedno na drugim. Skąd wziął się taki pomysł?

KS: Cóż, Nowe Muzeum, które powstało w 1977 r., założyła grupa kuratorów. Dzięki temu mieli dużo swobody w działaniu, mogli robić takie wystawy i kupować takie dzieła, jakie tylko chcieli. Budynek dla tak funkcjonującej instytucji też musiał być wyjątkowy – inny, nowy – tak jak prezentowana w nim sztuka.

RN: Poza tym, ze względu na małą działkę o powierzchni 740 m², nie było innego wyjścia, niż umieścić galerie jedna nad drugą. Ale kiedy umieszcza się je w ten sposób, dochodzi się w końcu do wieżowca, prawda? W takiej sytuacji najbardziej ekonomiczną metodą jest zastosować tzw. „typowy plan piętra”. Innymi słowy, wszystkie piętra wyglądają tak samo i budynek bardziej przypomina biurowiec, niż muzeum. My uznaliśmy, że każde piętro musi wyglądać inaczej i żeby to osiągnąć, postanowiliśmy zróżnicować ich powierzchnię. Poza tym, poprzesuwaliśmy względem siebie wszystkie piętra (czyli galerie, bo każda galeria zajmuje jedno piętro). Dodatkowy atut tego rozwiązania był taki, że w środkowych piętrach mogliśmy zastosować świetliki. W normalnym wieżowcu nie ma na to szans, bo wszędzie są pomieszczenie o takich samych wymiarach.

KS: Piętra o zróżnicowanych rozmiarach pozwoliły także na stworzenie tarasów na dachach środkowych pięter, co także ma duże znaczenie. We wnętrzach galerii trudno jest umieszczać okna, bo ściany są potrzebne do prezentowania dzieł sztuki. Dlatego postawiliśmy na świetliki i tarasy, na których również można pokazywać sztukę. A poza tym, zwiedzający mogą z nich podziwiać panoramę Nowego Jorku. Kiedy buduje się biurowiec, zwykli ludzie nie mają do niego dostępu. Inaczej jest w przypadku muzeum. Przychodząc do Nowego Muzeum mogą nie tylko podziwiać sztukę, ale też uczestniczyć w nowym rodzaju dialogu budynku z miastem. No i w końcu, budynek musiał być odsunięty od ulicy, więc każde kolejne piętro jest trochę mniejsze niż poprzednie. Zróżnicowanie dotyczy również wysokości sufitów każdej kondygnacji, dzięki czemu mniejsze galerie mogą być wyższe.

Zewnętrzna powierzchnia budynku również jest niezwykła. Jakiego materiału użyliście?

RN: To jest siatka z polerowanego aluminium, która jest nieco odsunięta od powierzchni budynku. W ten sposób powstaje podwójna ściana, co w konsekwencji, daje wrażenie głębi. Jej wygląd zmienia się też w zależności od pogody. Kiedy jest pochmurno, wydaje się szara i płaska, ale kiedy świeci słońce, aluminium odbija światło, a cienie, jakie rzuca siatka są widoczne na wewnętrznej ścianie.

KS: Innym ważnym czynnikiem było sąsiedztwo Bowery, gdzie ma swoje siedziby wiele firm zajmujących się dostarczaniem wyposażenia do restauracji. Siatka była rodzajem nawiązania do nich, ale jej rozmiar jest o wiele większy, niż mógłby być w jakimkolwiek produkcie.

Więc za jej pośrednictwem próbowaliście związać budynek z otoczeniem?

KS: Zawsze musisz myśleć o tym, jak nowy budynek będzie wyglądał wśród już istniejących. Oczywiście, nie znaczy to, że należy je naśladować. Ale nie możesz też dopuścić do tego, żeby inne budynki wyglądały przy twoim źle. Idealną sytuacją jest stworzenie czegoś, co sprawi, że całe sąsiedztwo będzie wyglądało lepiej. Wtedy, dzięki dobrej relacji z otaczającymi budynkami, twój budynek sprawdzi się znacznie lepiej.

Czy kuratorzy New Museum mieli jakieś szczególne wymagania?

KS: Przede wszystkim chcieli, żeby budynek muzeum był otwarty na miasto i dla publiczności. Oczywiście, bardzo ważne są galerie, ale dużo uwagi poświęciliśmy także teatrowi, księgarni, strefie wejściowej na parterze i nawet miejscu rozładunku dostaw, które znajduje się tuż obok głównego wejścia. Jest wiele sposobów, na jakie ludzie mogą wchodzić w interakcje z budynkiem muzeum.

Jakie wrażenie chcielibyście zrobić na zwiedzających samą architekturą?

KS: W przypadku wielu budynków, patrząc na nie z zewnątrz nie masz pojęcia, jak wygląda wnętrze. Chcieliśmy, żeby zewnętrze budynku było zapowiedzią tego, co jest w środku. Chciałabym, żeby po wyjściu z muzeum ludzie mogli spojrzeć na budynek i powiedzieć „O, tak, byłem tam”, a może nawet: „W tamtym pokoju było to czy inne dzieło sztuki”. Myślę, że nasz projekt pomoże im rozumieć funkcjonowanie budynku.

Zmieniając temat, kiedy po raz pierwszy zdecydowaliście, że chcecie być architektami?

KS: Kiedy byłam w szkole podstawowej, moi rodzice chcieli wybudować własny dom, więc kupowali różne czasopisma, poświęcone architekturze. W jednym z nich, zupełnie przez przypadek, zobaczyłam zdjęcia Sky House Kiyonori Kikutake. I bardzo mnie zainteresowało, że dom może wyglądać w taki sposób – zbudowany w 1958 r. w Tokio dom jest jedną przestrzenią, wspartą na czterech pylonach. To zdjęcie zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Ale ja byłam wtedy bardzo mała, a rodzice w końcu nie wybudowali własnego domu, więc ten przebłysk zainteresowania został szybko zapomniany. W Japonii, kiedy przechodzisz do trzeciej, czyli ostatniej klasy liceum – w wieku 16 lub 17 lat – musisz wybrać kierunek studiów. Wtedy przypomniało mi się to wydarzenie z dzieciństwa i postanowiłam studiować architekturę. Nie wiedziałam jeszcze, że dom, który mnie zafascynował, jest sławny, ale kiedy poszłam do uniwersyteckiej biblioteki, okazało się, że jest.

Brałaś pod uwagę jeszcze jakieś kierunki?

KS: Interesowałam się też modą, byłam wielbicielką projektantów ubrań, ale sądziłam, że sama mogłabym to zrobić. Mówimy o realiach sprzed 30 lat, idea zostania projektantem mody brzmiała dość obco. Kenchiku czyli architektura nie była słowem tak obcym jak design, czy – jak to się wymawia w Japonii dezain. Kenchiku brzmiało bardziej jak przedmiot, który można studiować, a potem uprawiać jako zawód.

Pewnie ma na to wpływ fakt, że na japońskich uniwersytetach architekturę zalicza się do kierunków inżynieryjnych, gdy tymczasem na Zachodzie jest ona traktowana bardziej jak sztuka.
KS: Tak, to prawda. U nas to po prostu gałąź inżynierii. Poza tym, teraz jest znacznie lepszy dostęp do informacji. Wtedy nie mogłeś tak naprawdę traktować designu jako zawodu. Było raczej tak, że skoro nie interesowała mnie medycyna ani prawo, a architektura była kierunkiem inżynieryjnym, wydawała się ciekawym rozwiązaniem.

Twój ojciec był inżynierem, prawda?

KS: Tak, ale „zwykłym” inżynierem, nie architektem.

Czy miał na ciebie duży wpływ?

KS: Nie do końca.

RN: A dla mnie nie było żadnego szczególnego momentu, w którym zdecydowałem, że chcę być architektem. W tej kwestii jestem typowym Japończykiem: pewnego dnia po prostu okazało się, że jestem architektem.

KS: Ale przecież zdawałeś na architekturę?

RN: Tak, ale zrobiłem to tylko dlatego, że mój nauczyciel w liceum powiedział: Lubisz muzykę i film i jesteś dobry z matematyki. Więc powinieneś pójść na architekturę. Nie interesowało mnie to zbytnio, ale, tak jak większość Japończyków, zrobiłem to, co mi powiedziano. Zostałem pchnięty na tę drogę i zanim się spostrzegłem, zostałem architektem.

Dlaczego poszedłeś do biura Sejimy?

RN: Wydawało mi się interesujące to, co robiła. W jej pracach zobaczyłem przyszłość. W czasie studiów podyplomowych na uniwersytecie, pracowałem u niej na pół etatu i właściwie niewiele się od tego czasu nie zmieniło. To była zabawa, która całkowicie wypełniała dni. Nawet nie pamiętam zakończenia studiów – to było jak nieustający proces.

A kto jest waszym architektonicznym bohaterem? Pracujecie razem dość długo, więc zastanawiam się, jak dobrze się znacie. Nishizawa, wiesz kto jest ulubionym architektem Sejimy?

RN: Mies van der Rohe

A dlaczego?

RN: Hmm, trudno to wyjaśnić.. jego architektura jest wspaniała i oryginalna. Mies jest chłodny. To chyba dlatego jej się podoba. I nie ma w jego budynkach nic zbędnego.

A kogo ceni Nishizawa?

KS: Hmm… Le Corbusiera! Myślę, że podoba mu się w jego architekturze wiele rzeczy. Często powtarza, to, że Le Corbusier miał swój własny styl życia, który wynikał z jego ideałów. Ale wybór jednej osoby zawsze jest trudny.

Studenci architektury mają zwyczaj pielgrzymowania do słynnych budynków. Jakie były wasze najważniejsze podróże?

KS: Właściwie to niewiele podróżowałam w tym celu. Kiedy byłam na drugim roku studiów, pojechałam na Kyushu i zobaczyłam budynek Shukosha – obiekt biurowo-galeryjny. A kiedy byłam na trzecim roku, moi rodzice uznali, że powinnam zobaczyć architekturę poza Japonią. No i pojechałam, ale raczej była to podróż rekreacyjna dla pracowników firmy. Nie miałam zbyt dużo pieniędzy, żeby brać udział w fakultatywnych wycieczkach, na które jeździli wszyscy inni.

Widziałaś architekturę modernistyczną?

KS: Cóż… jadąc myślałam, że zobaczę, ale to była raczej podróż po miastach średniowiecznych… Widzieliśmy Asyż i San Gimigiano w Toskanii. Potem pojechaliśmy do Skandynawii i tam widziałam kilka budynków fińskiego modernisty, Alvara Aalto. Byliśmy też w Paryżu i wtedy odłączyłam się od grupy, żeby zobaczyć parę budynków Le Corbusiera.

RN: A ja byłem w wielu różnych miejscach, ale chyba najbardziej pamiętam wyprawę z moim bratem, który też jest architektem. Byłem na drugim roku studiów, kiedy postanowił, że musimy wyjechać w taką „architektoniczną” podróż. Objechaliśmy całe Tokio, widzieliśmy budynki takich sław, jak Tadao Ando, Maki Fumihiko, Azuma Takamitsu. Wtedy wszystko wydawało mi się podobne. Tylko Ando odróżniał się od reszty. Wtedy nie miałem jeszcze pojęcia o architekturze. Później pojechałem do Europy – Paryż, Florencja, Rzym, Grecja…

Które budynki zrobiły na tobie największe wrażenie?

RN: Przede wszystkim, Paryż zaskoczył mnie elegancją. Pamiętam jak znalazłem się koło rzeki, w pobliżu katedry Notre Dame. Była noc, ale wszystko było podświetlone. Byłem naprawdę zachwycony. To było niezwykłe miejsce. Miasto było piękniejsze niż na wszystkich zdjęciach, jakie wcześniej widziałem. Poza tym, ogromne wrażenie zrobiła na mnie bazylika św. Piotra w Rzymie i bazylika Santa Maria Novella we Florencji.

A co z architekturą w Tokio? Które budynki są tam, według was, najlepsze?

RN: Chyba Stadion Narodowy w Yoyogi Kenzo Tange (zbudowany na igrzyska olimpijskie w 1964 r.). I Sky House Kiyonori Kikutake – wspaniały przykład japońskiego modernizmu.
KS: A z bardziej współczesnych – zrobiony ze szkła budynek Prady autorstwa Herzoga i de Meurona w Aoyama i terminal pasażerski w Yokohamie, zaprojektowany przez Foreign Office Architects. To bardzo interesujące budynki.

Powszechny jest obraz architektury zdominowanej przez mężczyzn – zwłaszcza egoistycznych mężczyzn, którzy marzą o tym, żeby zostawić po sobie wyraźny znak – wielkie budynki. Czy doświadczyłaś jakiś trudności, albo korzyści dlatego, że jesteś kobietą?

KS: Kobiety też chcą robić wielkie rzeczy! Małe zresztą też. Kiedy buduje się wielki budynek, jest w to zaangażowanych wielu ludzi i wielu ludzi z niego korzysta. Ale z drugiej strony, robię też małe projekty, lubię projektować przedmioty, takie jak łyżki. Chętnie też zajmuję się prywatnymi rezydencjami, bo jest to bardzo osobisty proces. Funkcjonuje przekonanie, że tylko mężczyźni robią wielkie projekty. Myślę, że to dlatego, że w tym zawodzie w przeszłości nie było wielu kobiet. Teraz to się zmienia, ale chociaż jest coraz więcej kobiet-architektów, ten stereotyp wciąż żyje. Może dlatego, że uważa się, że kobiety są delikatniejsze. A my po prostu tworzymy w inny sposób, większą wagę przywiązujemy do dyskusji. Oczywiście, architekci to społeczeństwo zdominowane przez mężczyzn i są tego złe i dobre strony. Ponieważ jestem kobietą, w sytuacji, w której mężczyzna by się wściekł, ja jestem spokojna, nie robię awantur. Ale z racji tego, że w tym zawodzie jest mało kobiet, mężczyźni czasem traktują nas ulgowo.

Jakie były reakcje nowojorczyków na Nowe Muzeum?

KS: Jeżeli spytasz 100 osób i wszystkie powiedzą, że im się podoba – będzie to co najmniej dziwne. Bylibyśmy szczęśliwi, gdyby mogła tak powiedzieć połowa z nich. Kiedy Nishizawa pojechał do Nowego Jorku zobaczyć gotowy budynek, wiele osób zatrzymywało się i robiło zdjęcia. To było bardzo miłe.

RN: Nowy Jork, w porównaniu z resztą Ameryki jest bardzo specyficznym miejscem. Tam cały czas wszystko się zmienia. To miasto żyje teraźniejszością. Jedziesz tam i czujesz, że świat nie stoi w miejscu. A jednocześnie, większość budynków powstała tam w XIX wieku. My chcieliśmy zrobić naprawdę nowy, godny XXI stulecia. Odpowiedni dla miasta, w którym kształtowane są nowe trendy.

Źródło: The Japan Time Online

Podepnij swój artykuł

tagi

Renaissance Warsaw Airport Hotel od JEMS Architekci
Renaissance Warsaw Airport Hotel od JEMS Architekci

Renaissance Warsaw Airport Hotel - to projekt architektoniczny pracowni JEMS. Jak w każdym dużym mi ...

Webinarium H+H: Rozwiązania ścienne w kontekście aktualnych wymagań akustycznych i termicznych
Webinarium H+H: Rozwiązania ścienne w kontekście aktualnych wymagań akustycznych i termicznych

Zapraszamy na bezpłatne szkolenie dla architektów, studentów, wykonawców i wszystkich zainteresowany ...

Webinarium Ruukki - System ścienny Ruukki Forma 27.09.2018
Webinarium Ruukki - System ścienny Ruukki Forma 27.09.2018

Zapraszamy na bezpłatne szkolenie dla architektów, studentów, wykonawców i wszystkich zainteresowany ...

KOMENTARZE
Komentarze
Brak komentarzy
Zaloguj się, aby dodać komentarz

Nie przegap okazji!!!

zapisz się do naszego newslettera