Chcesz być na bieżąco? Zapisz się do naszego newslettera


Na wspólnym gruncie

 

Czas czytania: ~10 min


llnbKkBjm50v3vMjZktZsfu2uYrjVnMjGXiEqWmCp34t7zrfUPPttuNHz1NQ_david-chipperfield-fot.jpg

'Dobra architektura rodzi się ze współpracy' – mówi w wywiadzie David Chipperfield, dyrektor międzynarodowej wystawy na 13 Biennale Architektury w Wenecji.

Marcus Fairs: Czym jest dla pana Biennale Architektury przede wszystkim? Jak opisałby je pan komuś, kto wcześniej o nim nie słyszał?

David Chipperfield: Powstanie Biennale Architektury było w dużej mierze stymulowane przez istniejące znacznie wcześniej Biennale Sztuki. Powstało pod koniec lat 70., przejmując jego formę. Zasadniczo podzielone jest na dwie części. Pierwszą z nich są wystawy w pawilonach narodowych. Każde państwo odpowiedzialne jest za zorganizowanie własnej ekspozycji, wybór kuratora i uczestników. W centrum tego całego zoo znajduje się wystawa główna, której organizację powierza się dyrektorowi/kuratorowi. Wystawa ta zajmuje ponad 350 metrów kwadratowych w Arsenale – budynku, w którym niegdyś konstruowano statki i produkowano liny. Infrastruktura biennale powstawała przez lata i obejmuje nie tylko sam budynek Arsenału, ale także jego otoczenie oraz pawilon centralny w Giardini.

MF: Jaki temat wybrał pan jako kurator tegorocznej wystawy?
DC: 'Wspólny grunt' (Common Ground). W kontekście biennale ma on podwójne znaczenie. Co ciekawe, przede wszystkim dążymy do jego interpretacji nie w wymiarze materialnym. Chodzi o płaszczyznę, na której mogą się spotkać dwie różne postawy. Jej początki są wprawdzie fizyczne – najpierw musi istnieć podział na teren mój i twój, a dopiero potem można wyznaczyć teren wspólny. W odniesieniu do biennale architektury to odwołanie do aspektu fizycznego jest jednak oczywiste. Mnie w tym haśle znacznie bardziej interesuje jego aspekt intelektualny – wspólny grunt, z jakim mamy do czynienia, to innymi słowy idee, jakimi się dzielimy i punkt, w jakim możemy się spotkać. To w sumie także dość prosta metafora idei przestrzeni publicznej, przestrzeni wspólnych, wspólnoty. Moim zdaniem to właśnie ten aspekt architektury powinien powrócić w dyskusjach. Wydaje mi się, że jako społeczeństwo jesteśmy teraz pod wielkim wpływem kryzysu ekonomicznego, jaki dotknął instytucje, które wydawały nam się bezpieczne i pewne. To sprawia, że zaczynamy być bardziej ostrożni na polu relacji między nami jako jednostkami a naszym funkcjonowaniem jako członków społeczeństwa, wspólnoty.

MF: W przeszłości zdarzało się, że biennale architektury przypominało trochę zoo – sam zresztą użył pan wcześniej tego określenia. Na konferencji prasowej powiedział pan także, że zdarza się, że architekci stoją na piedestale – odizolowani i skupiający na sobie uwagę jak sklep z perfumami w strefie wolnocłowej. Jak próbował pan uniknąć takiej sytuacji, przygotowując to biennale?
DC: Cóż, ideą wspólnego gruntu jest, aby każdy zszedł ze swojego piedestału i stanął na terenie, który – jak myślę – dzielmy. Znam wielu architektów i kiedy spotykamy się w barze w Wenecji czy Berlinie przy szklaneczce whiskey i zaczynamy rozmawiać, okazuje się, że mamy wiele wspólnych idei, dzielimy wiele poglądów i spostrzeżeń. Ale bar to nie jest odpowiednie miejsce, żeby to wyrazić. Dlatego chciałem pokazać, że architektoniczne talenty każdej epoki zakorzenione są w czymś, co łączy je w sposób horyzontalny, a co ja nazywam kulturą architektoniczną. Chciałem tchnąć w tę kulturę nieco świeżego powietrza, powiedzieć, że wszyscy jesteśmy dziećmi naszych rodziców. Każdy z nas uczył się od kogoś, ci nauczyciele nas kształtowali. Inspirujemy się tym, co robią nasi koledzy – może w niewielkim stopniu, może patrzymy na ich osiągnięcia tylko 'kątem oka' i nie zawsze chcemy się do tego przyznać, ale w gruncie rzeczy to, co robią inni architekci, co robili architekci poprzednich pokoleń, wpływa na nas. Ja na przykład uczę się też od młodszych architektów i od studentów, których sam nauczam.

Wspólny grunt to wzajemne powiązania, świadomość, jak rodzą się idee, pokazywanie ich i dzielenie się nimi. Myślę, że podkreślanie takiej wspólnoty jest w naszym zawodzie znacznie bardziej uczciwe, niż dążenie do jednostkowej sławy i prezentowanie własnych prac jako wyjątkowych i niepowtarzalnych. Chciałbym tę barierę przełamać.

MF: Powiedział pan na konferencji prasowej, że wystawa będzie dotyczyła bardziej architektury i kultury architektonicznej niż architektów. Jakie prace można więc będzie zobaczyć na biennale? W jaki sposób chce pan przekazać zwiedzającym główną ideę?
DC: To duże wyzwanie. Bo łatwo to wszystko wymyślić i powiedzieć. Mój cel był jednak prosty i trzeba było znaleźć architektów, którzy zechcą się do tej idei przyłączyć. Nawet, jeśli na początku byli trochę zaskoczeni, gotowość podjęcia tego tematu była duża. Oczywiście, mówiąc, że wystawa nie jest o architektach, nadal ich potrzebuję, żeby rozmawiać o architekturze. Więc ich także ona dotyczy i nie było moją intencją ich 'ukrywanie'. Ale – jak u Szekspira – 'zamierzona sztuka będzie probierzem'.

Potrzebowałem doskonałych aktorów, którzy zagrają w mojej sztuce. A obsada jest imponująca – od Rafaela Moneo, Normana Fostera i Luigiego Snozzi – czyli architektów koło siedemdziesiątki, po 'dzieciaki', jak można nazwać architektów w wieku 30-40 lat. Ten wybór to efekt szukania wzajemnych powiązań i sposobów na to, by przypomnieć wszystkim, jak są one ważne.

Jaką formę ta idea przybrała? Zadaniem każdego architekta było przedstawienie albo swoich osobistych powiązań i inspiracji, albo projektów, które mógłby stworzyć we współpracy z innymi. Sposoby są więc różne. Wystawa nie zaczęła się jednak od obrazu, ale od idei, a potem musieliśmy stoczyć walkę, żeby się ideę przełożyć na obraz, bo przecież tego wymaga wystawa. Ekspozycja musi być atrakcyjna pod względem scenograficznym, nie może bazować jedynie na słusznych i poważnych ideach.

MF: Ale nie powiedział pan architektom: przyślijcie nam swoje ostatnie modele i projekty. Oczekiwał pan od nich, że odpowiedzą na temat w wyjątkowy i indywidualny sposób.
DC: Nie mogli po prostu przysłać modeli, nie o to chodziło. Zapewne część z ich projektów mogło w jakiś sposób ilustrować temat, ale ja chciałem, żeby ich prace były silnie osadzone w kontekście myśli przewodniej wystawy, nie w ich CV. Nie chciałem, żeby prezentowali swoje ostatnie projekty, pokazali, jak pracują, kim są i co osiągnęli. Nie taki był mój cel. Jeśli więc ktoś pokazuje swój projekt lub nawet kilka projektów to ich obecność na wystawie jest uzasadniona ścisłym związkiem z myślą przewodnią.

MF: Wspomniał pan o kryzysie ekonomicznym, który stanowi tło dla odbywającego się w tym roku biennale. Czy chciał pan do niego nawiązać? Czy wystawa jest jakimś oświadczeniem na temat aktualnej sytuacji architektury? Uważa pan, że może ona cokolwiek zmienić, otworzyć ludziom oczy na nowe sposoby pracy albo chociaż przypomnieć im o czymś ważnym, co zostało we współczesnej kulturze zapomniane?
DC: Myślę, że nie można robić wystawy o tak jednoznacznie określonym przesłaniu. Nie jestem uprawniony, by kogokolwiek czegokolwiek uczyć. Ja tylko próbuję odświeżyć pewne idee. Myślę, że w czasie pokoju architektura jest tą płaszczyzną ludzkiej działalności, która w największym stopniu bazuje na współpracy. Nie wiem, czy jakakolwiek inna dziedzina tak funkcjonuje...

Nie przychodzi mi do głowy żadna inna działalność, która wymaga tak dużego zaangażowania zarówno od zawodowców, jak i publiczności. Myślę, że dlatego powinniśmy zacząć mówić w sposób bardziej zrozumiały – ponieważ możliwości, jakie mamy jako architekci, wynikają z roli, jaką pełnimy w społeczeństwie. Jeśli będziemy się izolować i z podejrzliwością patrzeć na społeczeństwo, ono nie będzie nam ufać, a my nie będziemy mogli go w swoje projekty angażować.

Chodzi mi o to, że nasze relacje ze społeczeństwem bazują na konfrontacji, a dobra architektura rodzi się ze współpracy. Oczywiście, architektura jest zawodem, ale chciałbym żebyśmy zrozumieli i przyznali, że zarówno na płaszczyźnie intelektualnej, fizycznej, jak i w całym środowisku tworzonym przez człowieka, jesteśmy częścią czegoś większego, co przede wszystkim oparte jest na współdziałaniu. Spójrzmy na architekturę z tej perspektywy.

MF: Powiedział pan także, że wciąż brakuje wspólnego gruntu między architektami i publicznością. Może pan to rozwinąć?
DC: Uważam, że wciąż nie udało się nam wypracować dobrych sposobów na mówienie ludziom o czynnikach, które sprawiają, że ostatecznie powstaje budynek. Jako architekci siedzimy jednocześnie po obu stronach stołu – jesteśmy tak samo wściekli, że powstają złe budynki, jak zwykli ludzie i tak samo zastanawiamy się, dlaczego tak złe projekty są realizowane. Ale my wiemy, że to jest kwestia złego zarządzania i braku koordynacji.
To, co najłatwiej ludziom zauważyć, to obiekty, które ja nazywam projektami zielonej strefy. Projektujesz muzeum. Masz grupę świadomych inwestorów, dobrego dyrektora, realny budżet, ogólną chęć do stworzenia tego budynku. Wtedy realizacja twoich wizji nie jest trudna. Ale co z budownictwem socjalnym? Co z biurowcami czy zwyczajną architekturą, w przypadku której ludzie nie zastanawiają się, czy powinni znaleźć dobrego architekta. O jakość takich budynków, jak dworce, opery, teatry czy muzea, nie musimy się szczególnie martwić. Przykładów dobrych obiektów publicznych jest wiele. Czasami są może zbyt spektakularne i ikoniczne, ale co z tego? Co jednak z 99% budynków na całym świecie, w których powstaniu architekci nie uczestniczą? Łatwo jest nawiązać dialog ze świadomym inwestorem, który chce wybudować muzeum. Ale jak rozmawiać o całej reszcie? To już znacznie trudniejsze...

MF: Od jakieś czasu można odnieść wrażenie, że dobiega końca era starchitektów i ikonicznych projektów, które wzbudzały sensację. W czasie jej rozkwitu pańskie biuro pracowało nieco na uboczu – choć z wielkimi sukcesami – nad projektami, które wymagały znacznie więcej delikatności, uwagi i zrozumienia kontekstu. Jak pan ocenia dzisiejszą scenę architektoniczną? Czy uważa pan, że jesteśmy w momencie odwrócenia się od tego starsystemu?
DC: Ikony będą powstawać zawsze. Z okien mojego biura widzę Westminster Palace i Big Bena. Może to zabawny budynek, ale myślę sobie – dobrze, że on tam jest. Gdyby kiedyś ktoś podszedł to jego budowy racjonalnie, pewnie nigdy by nie powstał. Nie sądzę, żeby czas ikon definitywnie przeminął. Czasami są one potrzebne. Pytanie jednak brzmi, czy wszystko musi być ikoną? Czy rozbudowa na tyłach czyjegoś domu musi być ikoną? Jeśli nasza praca polega na produkowaniu takich 'ikon' na zamówienie, stajemy się po prostu dekoratorami miasta. Jeśli tylko ktoś jest w stanie zapłacić i warunki są odpowiednie, zrywamy się z łóżek i to robimy. To bardzo niebezpieczne. Architektura, która sama dla siebie jest jedynym punktem odniesienia może być piękną operą albo pięknym muzeum, ale w jaki sposób wiąże się ona z szeregiem innych, ważnych czynników? Nie jest to problem, jeśli tworzymy obiekt, który będzie stał niezależnie, ale przecież większość z nas musi projektować budynki, które nie są samotnymi pomnikami. Dlatego w moim zawodzie tak bardzo interesuje mnie ciągłość, a nie tylko te wyjątkowe momenty wykorzystania wielkich szans.

Źródło: dezeen.com
Fot. e-architects.co.uk
Tłumaczenie: Daniela Szymczak


Podepnij swój artykuł

tagi

Nowa siedziba spółki Gdańska Infrastruktura Wodociągowo-Kanalizacyjna
Nowa siedziba spółki Gdańska Infrastruktura Wodociągowo-Kanalizacyjna

Nowa siedziba spółki Gdańska Infrastruktura Wodociągowo-Kanalizacyjna została wybrana w drodze konku ...

Dom podmiejski – ład w chaosie
Dom podmiejski – ład w chaosie

Dom podmiejski projektu pracowni Z3Z Architekci stanął w 2017 roku w podwarszawskiej miejscowości Jó ...

Nowa Fabryczna – złoto w centrum
Nowa Fabryczna – złoto w centrum

Nowa Fabryczna – to budynek biurowy, który stanął w pobliżu nowego dworca kolejowego w centrum Łodzi ...

KOMENTARZE
Komentarze
Brak komentarzy
Zaloguj się, aby dodać komentarz

Nie przegap okazji!!!

zapisz się do naszego newslettera