Chcesz być na bieżąco? Zapisz się do naszego newslettera


Projektować i budować

 

Czas czytania: ~17 min


Od projektu do realizacji - rozmowa ze Stefanem Kuryłowiczem - Większość wspaniałych projektów kończy żywot na papierze. Co może uczynić architekt, by ten cud przemiany zamysłu w rzeczywistość dokona się na naszych oczach? S.K. W ciągu dziesięciu lat pracy w państwowym biurze projektów udało mi się zrealizować jeden teatr, mimo że wygrałem kilka konkursów na projekty tego rodzaju, w czym jeden międzynarodowy. Zacząłem więc szukać przyczyn, dla których tego wszystkiego nie można było zbudować. Później, dzięki kontaktom zagranicznym, zrozumiałem, że istnieją na świecie pewne procedury, metody działania, które zwiększają prawdopodobieństwo realizacji projektu i pozwalają kontrolować jakość budowy. Okazało się, że zaangażowanie architekta nie kończy się na narysowaniu projektu. To dopiero część pracy. - Czym więc, poza samym projektem, powinien zająć się architekt. S.K. Często zaczynamy współpracować z inwestorem na długo przed rozpoczęciem projektowania. Na tym etapie klient powinien skonkretyzować i uwiarygodnić przed samym sobą to, co zamierza zbudować. Architekt może pomagać czasem w określeniu rozmiaru budżetu. Bardzo rzadko jednak może wziąć za to pieniądze. Później, w trakcie projektowania, potrzebna jest umiejętność wyegzekwowania oczekiwań, których klient często nie potrafi przekazać. Pozwala to uniknąć różnych rozczarowań w fazie realizacji. Po zakończeniu prac projektowych następuje przygotowanie i uruchomienie samego procesu budowania. Wówczas najtrudniejszym zadaniem jest znalezienie wykonawcy. Podczas praktyki w Kanadzie dowiedziałem się, kiedy architekt dostaje ataku serca - w trakcie otwierania ofert przetargowych. Otóż każdy projekt ma określony budżet i jeśli wśród kilku, kilkunastu ofert zgłoszonych przez profesjonalnych wykonawców nie ma żadnej, która mieściłaby się w granicach budżetu, to architekt musi na własny koszt dokonać takich zmian w projekcie, by spodziewane oferty przetargowe mieściły się w zakładanym budżecie. To nie podlega dyskusji i taką zasadę stosujemy w naszej pracowni. Ten właśnie etap, w którym następuje korekta projektu, czasem bardzo głęboka, należy do najtrudniejszych. Szukamy wówczas, niejednokrotnie wspólnie z wykonawcą, rozwiązań zamiennych, które przy zachowaniu wartości technicznej pozwoliłyby osiągnąć pożądany poziom wydatków. Jest to umiejętność, której trzeba się nauczyć. Nie ma to nic wspólnego z rysowaniem, sztuką projektowania architektonicznego. Rozmawia się wówczas wyłącznie o pieniądzach. Swego czasu doszedłem do wniosku, że jest to umiejętność, której nauczyć się muszę, jeśli chcę budować. W pracowni, którą prowadzę, nie uciekamy od tego typu działalności i to być może wyróżnia naszą firmę spośród wielu innych w kraju, nawet jeśli przyjmiemy, że wszystkie pracownie mają jednakowo zdolną kadrę projektantów. - A później zaczyna się budowa... S.K. Z etapem następnym - budową, wiąże się w Polsce pojęcie nadzoru autorskiego. Na dobrą sprawę, nic ono nie znaczy, nie niesie ze sobą żadnej odpowiedzialności. Kontakt naszej pracowni z budowami ma zupełnie inny charakter. Jesteśmy tam codziennie. Prowadzimy pełny nadzór techniczny i finansowy. Czasami współpracujemy z profesjonalnymi firmami, jak PROJECT MANAGEMENT czy P.S.I. PROJEKT. Często robimy to sami, rezygnując zupełnie z pośrednictwa tzw. inwestora zastępczego. W oparciu o moje doświadczenia mogę stwierdzić, że inwestor zastępczy nie jest na ogól zainteresowany jakością, terminem, a już w najmniejszym stopniu sprawami architektury. - Wynika z tego, że podstawowym warunkiem powodzenia całego procesu inwestycyjnego jest stała i dobra współpraca projektanta z inwestorem. Jaki jest ten klient Pana pracowni? S.K. Często nie docenia się klienta. Uważam, że nie można zrobić dobrego budynku wbrew niemu. Wyrobienie w nim przekonania, że można budować przyzwoicie, jest ważnym elementem profesjonalizmu. W przypadku obiektów, z których jesteśmy najbardziej zadowoleni, udało nam się stworzyć takie warunki współpracy z naszymi klientami, dzięki którym poczuli się oni współautorami projektów. Tak było w przypadku FUJI, HECTORA, restauracji PIZZA HUT, garażu na Okęciu i niektórych obiektów sakralnych. Sukces tych przedsięwzięć był w znacznej mierze również ich zasługą. Każdy z klientów był bardzo wymagający, dobrze wiedzieli, czego chcą. Toteż nie mogę słuchać utyskiwania kolegów, że to dranie, którym bez przerwy coś nie pasuje. Klient jest właśnie od tego, żeby zmieniać i żeby mu nie pasowało. Jest najważniejszy i nie robi mu się uprzejmości tylko dlatego, że się dla niego projektuje. Należy do szalenie rzadkiej populacji, która wymaga ochrony i opieki. To architekt musi dostosować się do życzeń klienta w sposób pozytywny. Inwestor nie musi wiedzieć o tym, że może mieć piękny dom. Architekt powinien mu to uświadomić, że za te same pieniądze może dostać coś znacznie lepszego. - Czymś śmiesznym i nienaturalnym jest w sztuce uprawiania architektury, w zawodzie budowniczego przepaść między ideą i materią, koncepcją i realizacją. Dotyczy to także pieniędzy. Skoro zastosowane rozwiązania techniczne, technologie i materiały można wyrazić w postaci określonych sum pieniędzy, składających się na budżet, to architekt powinien zmagać się z nim jak rzeźbiarz z blokiem kamienia. S.K. Skoro mowa o rzeźbiarzach, to Witowi Stwoszowi wypalono piętno na policzkach nie dlatego, że zrobił brzydką rzeźbę. - Ale dlatego, że przekroczył budżet. S.K. Po prostu zapożyczył się, a bankrutów niestety piętnowano. To nie jest rzecz nowa, natomiast my przez ponad 40 lat byliśmy od niej oderwani. I nagle budzi zdziwienie fakt, że o tym także trzeba myśleć. W mojej pracowni staramy się, aby budowa nie powodowała zmian w budżecie. Zamykają się one najwyżej w kilku procentach. Bardzo często, kiedy któraś z pozycji budżetu "pęka", trzeba znaleźć oszczędność w innym miejscu. I tak jest na całym świecie, a interesuje mnie to również z powodów naukowo-dydaktycznych. Oboje z żoną wykładamy na warszawskim Wydziale Architektury. Na IV i V roku studiów prowadzę zajęcia z projektowania i praktyki architektonicznej. Uczę więc studentów, że jeśli okres projektowania obejmuje pół roku, a okres budowy - półtora, to o sztuce mówi się przez pół roku, a później o pieniądzach, technice i materiałach. Wypełnia ten czas walka z budżetem, terminami, rozwiązaniami technicznymi. Dzięki tym zmaganiom może powstać w końcu taki budynek, jaki sobie wymarzył . klient i zaprojektował architekt. Służą temu określone umiejętności, techniki, procedury. - Jest jeszcze ta druga strona medalu. Każdy, najlepszy nawet projekt, można zniszczyć w trakcie realizacji, na przykład dla ratowania budżetu. S.K. Każdy projekt ma pewne elementy pierwszo- i drugorzędne, decydujące o tym, czy budynek zachowa swój charakter i elementy wtórne, nie wpływające na to. Jeśli zagrożona jest elewacja budynku, warto poświęcić sporo wysiłku, żeby zmienić na tańszą, lecz przyzwoitej jakości wykładzinę we wnętrzach, ratując tę część budżetu, która decyduje o jakości fasady. Czasem warto usprawnić i zmniejszyć koszt pewnych rozwiązań technicznych czy instalacyjnych, po to tylko, żeby nie stawiać jakiejś niepotrzebnej budy na dachu. W przypadku restauracji warto pomyśleć, co zrobić, żeby zaplecze było mniej kosztowne, a meble w części konsumenckiej bardziej przyzwoite. Warto wysłać 10 listów i w końcu uzyskać ofertę na wykonanie 20 tys. m kw. hali produkcyjnej tańszą o 5 dol. za i m kw., by zaoszczędzone 100 tys. dol. mogło uratować przyzwoity materiał na elewacji części biurowej zespołu fabrycznego. Każda realizacja projektu wymaga wielu kompromisów. Świadomie więc doskonalimy umiejętność ich minimalizowania już na etapie przygotowania projektu. W przypadku FUJI, żeby uratować atrakcyjną elewację magazynu, musieliśmy znaleźć tańsze rozwiązanie dla elewacji budynku biurowego. Znaleźliśmy je dzięki ogromnej korespondencji, którą prowadziła moja żona, a był to czas, kiedy zamiast dobrze zorganizowanych przedstawicielstw firm produkujących materiały budowlane, biegał "facet z teczką" i twierdził, że ma w niej wszystko. Realizację projektów rozpoczynaliśmy więc często od systematycznego wysyłania listów do producentów materiałów budowlanych, z prośbą o przystanie informacji. Stale też prenumerowaliśmy zagraniczne czasopisma zawodowe. Z tego stworzyliśmy własną bibliotekę, która, na przykład, pozwoliła mam zastosować po raz pierwszy w Polsce - w elewacji biurowca FUJI - konglomerat. Również tam, po raz pierwszy w Polsce pojawiła się podniesiona podłoga komputerowa. Przez wiele miesięcy poszukiwaliśmy informacji, wysyłając listy i czytając literaturę, żeby po raz pierwszy w Polsce - w garażu wielopoziomowym na Okęciu - zrobić zabezpieczenia ogniowe konstrukcji stalowej poprzez malowanie farbami pęczniejącymi, dającymi odporność powyżej 1 godziny. Nie chcieliśmy zgodzić się, tak jak tego chciał wykonawca, na obłożenie konstrukcji cegłą i otynkowanie czy opryskanie azbestem, choć byłoby to łatwiejsze. Dzięki takim staraniom mogę teraz powiedzieć, że wszystkie obiekty zbudowane przez nas w ciągu ostatnich 5 lat są zgodne z projektem. - W Pana pracowni powstały liczne obiekty przemysłowe. Jakie problemy pojawiają w trakcie ich realizacji? To przecież specyficzny rodzaj architektury. - Znaczącym projektem, zarówno ze względu na klienta, jak i powierzchnię obiektu - 24 tys. m kw. - jest niedawno ukończona fabryka tapicerki samochodowej i montownia FORDA w Płońsku. Początkowo miała to być wyłącznie fabryka tapicerki samochodów FORDA produkowanych w Europie. W ostatniej fazie realizacji zapadła decyzja o budowie montowni. Zmiana projektu była więc bardzo poważna, a mimo to pierwotne terminy nie zostały naruszone i dzisiaj fabryka już działa. Wśród klientów mojej pracowni jest również firma ARMSTRONG, jeden z największych w Europie producentów materiałów budowlanych, jest również firma LUCAS. Projekty dla FUJI i HECTORA również dotyczyły obiektów półprzemysłowych. W przypadku FUJI zwraca uwagę część biurowa, lecz 2/3 obiektu zajmują magazyny, z dość ciekawą, jak na tego typu budynki, architekturą. Obiektem przemysłowym jest również WARSZAWSKIE CENTRUM DYSTRYBUCJI. Budowle tego rodzaju stanowią zupełnie inny typ architektury. Sprawą zawsze najbardziej istotną jest tu budżet. Klient wie w tym przypadku dokładnie, czego chce i nie akceptuje żadnych odstępstw. Ponadto, jego plany zmieniają się w trakcie realizacji i architekt musi dostosować się do nich, nie naruszając terminu ukończenia. Zazwyczaj staramy się, by przynajmniej wybranym fragmentom obiektu nadać cechy przyzwoitej architektury. Wielopoziomowy garaż na lotnisku Okęcie to nietypowy przykład architektury przemysłowej. Z racji swojego usytuowania, przed wjazdem na teren Międzynarodowego Dworca Lotniczego, stal się równocześnie wizytówką miasta. Trudnym inwestorem była tu firma państwowa. Bardzo ograniczony budżet. Nadanie tej budowli cech przyzwoitej architektury wymagało więc znacznie większych wysiłków niż zazwyczaj. Pomysł na architekturę budynku wziął się z jego kontekstu. Niewiele lotnisk na świecie ma swój park. Przed Dworcem lotniczym na Okęciu rośnie niewielki brzozowy zagajnik. Udało nam się zachować go, pomimo że bardzo przeszkadzał i nawet ktoś już wpadł na pomysł, żeby go wyciąć. Las jednak został, a garaż udało nam się tak wtłoczyć w podłoże, by nie zasłaniał budynku dworca. Ten duży obiekt nie narusza dzięki temu skali swojego otoczenia. Przejął z niego również atmosferę. Stąd te zielone siatki, które w zależności od kąta patrzenia w różnym stopniu przesłaniają wnętrze garażu, i zdwojone słupy, a także zieleń i czerwień. Wprowadziliśmy te kolory nie ze względu na modę, lecz dlatego, że jest to kolor sosen, które tam również rosną. Praca nad garażem była dla nas znakomitym doświadczeniem, uczącym nas tych technik, które należy stosować, żeby pomysł na architekturę przenieść ze stanu koncepcji w fazę realizacji. - Pytam Pana o sprawy ważne wprawdzie, ale pozostające poza istotą rzeczy - wartością projektu, koncepcji. S.K. Najlepszy management nie zmieni faktu, że zły projekt zawsze pozostanie złym projektem. Na nieszczęście rynek inwestycji budowlanych w Polsce jest duży, a architektów na nim niewielu. Ich sytuacja nie jest tak tragiczna, chociaż dosyć trudna konkurencja wyzwala nie najprzyjemniejsze zachowania. To wszystko sprawia, że na naszym rynku pojawiają się obce firmy architektoniczne lub architekci, których jedyną przewagą - bo nie mają do zaoferowania umiejętności tworzenia ładnej architektury, jest znajomość procedur, które pozwalają klientowi uwierzyć, że obiekt powstanie na czas i w ramach założonego budżetu. Czasem są to nasi koledzy, którzy wyjechali z kraju lat temu kilkanaście i w tej chwili wracają. Szczęśliwie coraz nadziej próbują nas pouczać. Czasem są to rzeczywiście świetne firmy. To znakomicie, że tak dobry architekt jak Tadeusz Spychała zbudował siedzibę KOLMEXU, że w Warszawie działa Jerzy Czyż, architekt, który zaprojektował szereg znakomitych budynków w Belgii i w całej Europie. Konkurencja z ich strony jest czystą przyjemnością. Jednocześnie próbują się lokować na tym rynku trzeciorzędne, nawet nie drugorzędne, firmy architektoniczne z dotkniętej recesją lub wojną bałkańską Europy, gdzie bezrobocie wśród architektów przekracza 50%. Niestety, jedyną umiejętnością, jaką mogą zaoferować klientom, jest sprawne poruszanie się w fazie realizacji. Żeby się przed tym bronić, trzeba po prostu nauczyć się procedur i technik, o których tu mowa. - Tego wszystkiego można nauczyć się w Pana pracowni. Pracuje w niej coraz więcej osób. Jak Pan widzi jej rozwój i organizację w przyszłości? S.K. Najchętniej zatrzymałbym się na poziomie zatrudnienia 10-12 osób. Niestety, to prawda, że albo się firma rozwija, albo zwija. Rynek na świecie opanowany jest przez biura duże. Za nazwiskami architektów, których zaliczamy do grona najwybitniejszych, zawsze stoją zespoły kilkudziesięcio lub kilkuset- osobowe. Oczywiście, jest ich stosunkowo niewiele, ale na dobrą sprawę obsługują wszystkich wielkich inwestorów. W związku z tym pracownia zapewne będzie musiała się rozwijać. W tej chwili liczy ok. 25 osób i ciągle jeszcze jej struktura organizacyjna jest płaska. Nie ma formy hierarchicznej. 5-6 osób w tym zespole może samodzielnie poprowadzić projekt. Są to koledzy czasami z doświadczeniem lat kilkunastu, jak Ewa Kuryłowicz, moja żona, czy Piotr Kuczyński, którzy pracują ze mną od samego początku, a w tej chwili prowadzą najtrudniejsze projekty, Krystyna Tulczyńska, która pracuje ze mną od 1973 roku i jest technikiem o ogromnym doświadczeniu, a prowadziła, na przykład, projekt garażu na Okęciu. Jest także cała grupa osób młodszych, ale pracujących ze mną od 5-7 lat, które już po 2-3 latach pracy również są w stanie samodzielnie prowadzić projekty. W opracowanie i realizację projektu zaangażowanych jest zwykle kilka osób. Jedna z nich czuwa nad wszystkim od początku do końca. Nie jest to struktura dawnego biura projektowego. Nie ma tu ani dyrekcji, ani działu planowania, bibliotekarki, magazyniera. Awans w niej lub inna zmiana pozycji przychodzi niepostrzeżenie, tak jak niezauważalny jest moment, w którym młody architekt przestaje rysować przysłowiowe wybrane detale łazienki i zaczyna pracować nad fragmentami technicznymi, a później zaczyna pojawiać się na pierwszych spotkaniach z klientem. Awans w pracowni polega na stopniowym rozszerzaniu obowiązków i kompetencji, a z tym idzie w parze coraz większy zakres odpowiedzialności. Niestety, w miarę postępowania tego procesu maleje proporcja między czasem spędzanym na rysowaniu a czasem spędzanym na liczeniu, telefonowaniu. Coraz więcej prowadzi się działań, które nie są związane z samym procesem tworzenia warstwy koncepcyjnej. - Ta nieubłagana geometria trójkąta dotyczy zapewne i Pana. Jaka jest więc Pana pozycja w tej dużej, ale przecież Pana autorskiej pracowni? S.K. Mój kontakt z projektem w warstwie koncepcyjnej jest tym większy, im mniejszy jest projekt. Kiedy pracujemy nad projektem domu jednorodzinnego, to wtedy jego rysunek jest, wbrew pozorom, jedną z najtrudniejszych rzeczy. Bardzo trudno zaprojektować komuś dom. To muszę zrobić sam. Coraz częściej jednak mój kontakt z projektem kończy się na jego warstwie koncepcyjnej. Jestem przywoływany w sytuacjach kolizyjnych, kiedy dochodzi do zagrożenia tego, co zostało ustalone w fazie powstawania rysunku. I jest to zupełnie naturalne. Odwiedziłem kilka największych na świecie biur projektowych i zorientowałem się, że czas przeznaczony na zaprojektowanie obiektu jest tam znacznie większy niż u nas. Wyjaśniono mi, że projekt jest kontrolowany przez szefa lub osobę przez niego desygnowaną w cyklach tygodniowych, a nawet miesięcznych. Są to kontakty, które mają zapobiec awarii. Uważam, że projekty realizowane przez naszą firmę są w warstwie architektonicznej spójne i rozpoznawalne. Garaż na Okęciu, FUJI, HECTOR i wiele naszych obiektów przemysłowych posiada wspólne cechy, pomysły, zbieżny kierunek myślenia architektonicznego i przestrzennego. W tym jesteśmy konsekwentni. Jest to określony rodzaj architektury, który wychodzi z naszej pracowni. Osiągam to różnymi metodami, lecz jedna jest najważniejsza. Osoby, którym proponuję pracę, w podobny jak ja sposób, jak sądzę, myślą o przestrzeni architektury. Dzięki temu szereg możliwych kolizji udaje się wyeliminować wcześniej. To powoduje, że te rzeczy są konsekwentne i w jakiś sposób autorskie. - Czy bierze Pan pod uwagę układ partnerski, jako sposób na rozwiązanie różnych problemów organizacyjnych wynikających z rozwoju pracowni? S.K. Określenie partner jest pojęciem prawnym. Istnieją więc pojęcia partnera młodszego i starszego oraz związany z tym zakres odpowiedzialności finansowej i określony procentowo udział w zyskach. Na świecie jest to poważny rodzaj umowy o konsekwencjach prawnych i finansowych. Z tego punktu widzenia nie mam partnera. Natomiast patrząc od strony udziału i swobody w podejmowaniu decyzji, w tej chwili mam kilku takich partnerów w swojej pracowni. Darzę oczywiście pełnym zaufaniem także młodszych kolegów, lecz właśnie osoby mające za sobą okres kilku lat wspólnej pracy mają pełne prawo do podejmowania decyzji o konsekwencjach finansowych. Staram się, żeby wszystkie osoby włączone w prace nad projektem miały poczucie współdecydowania. Dlatego każdy projekt, który powstaje w pracowni, jest podpisany przez wszystkich, którzy byli w projekt zaangażowani, czasem w różnym stopniu. Miałem natomiast partnerów w przeszłości. Z wielką sympatią wspominam okres współpracy z Andrzejem Nasfeterem, później z Kubą Wacławkiem. Udało nam się rozstać, zachowując uczucia sympatii i przyjaźni. Natomiast, być może wynika to z ułomności mojego charakteru, nadmiernej apodyktyczności czy chorobliwego braku umiejętności pytania kogoś o zgodę, dzisiaj partnera nie mam. Nie widzę potrzeby dzielenia się odpowiedzialnością, chociaż nie zawsze jest to rzeczą wygodną i przyjemną. To był jeden z powodów, dla którego odszedłem z państwowego biura projektów, w okresie najmniej odpowiednim do podejmowania takiej decyzji, w latach 1980/81. Być może nadmiernie byłem przywiązany do swobody twórczej. - Dziękuję Panu za rozmowę. Źródło: Businessman

Podepnij swój artykuł

tagi

Biurowiec Kanlux w Radzionkowie
Biurowiec Kanlux w Radzionkowie

Biurowiec Kanlux w Radzionkowie powstał w wyniku przekształcenia budynku stołówki, znajdującej się n ...

Nowy Nikiszowiec – osiedle XXI wieku?
Nowy Nikiszowiec – osiedle XXI wieku?

Nowy Nikiszowiec – to nazwa osiedla, które ma powstać w Katowicach przy ulicy Górniczego Dorobku. I ...

Apartamenty Potocka – zabawa geometrią
Apartamenty Potocka – zabawa geometrią

Apartamenty Potocka – to projekt biura Pole Architekci. Pięciokondygnacyjny dom wielorodzinny został ...

KOMENTARZE
Komentarze
Brak komentarzy
Zaloguj się, aby dodać komentarz

Nie przegap okazji!!!

zapisz się do naszego newslettera