Chcesz być na bieżąco? Zapisz się do naszego newslettera


Niechciane dziedzictwo

 

Czas czytania: ~10 min


betonowe dziedzctwo

 

Niechciane dziedzictwo "Zabytki totalitarne"– burzyć czy konserwować? Mazowiecki konserwator postanowił wpisać do rejestru zabytków warszawski Pałac Kultury i Nauki – wbrew opinii wojewody i części opinii publicznej, dla których budynek ten to wyłącznie niechciany dar Stalina. Spór dotyczy czegoś więcej niż tylko pojedynczego obiektu. Chodzi o to, jak poradzić sobie z tym, co w polskim pejzażu pozostało po totalitarnych ideologiach. Kiedy wybitny niemiecko-żydowski pisarz Alfred Döblin w 1924 r. oglądał Warszawę, zwrócił uwagę na pośpiech i entuzjazm, z którym mieszkańcy pozbywali się wszechobecnych w mieście prawosławnych – co oznaczało, o czym jeszcze nie wiedział: rosyjskich, zaborczych – cerkwi. Powszechną rozbiórkę uznał najpierw za barbarzyństwo. Dopiero dłużej obserwując odbudowujące się po zaborach społeczeństwo polskie Döblin zrozumiał, że cerkwie nie były w tym miejscu znakiem religijności, ale pieczęcią obcego imperium. Noga Lenina Z podobnym entuzjazmem tuż po 1989 r. w całej Polsce burzono pomniki Lenina (te, które przedstawiały Stalina, znikły wkrótce po jego śmierci – i to raczej niezauważenie, w nocy, czego przykładem choćby "ławeczka" w krakowskim Ogrodzie Strzeleckim, w którym dziś stoi pomnik Jana Pawła II). I nikt, albo prawie nikt, nie zastanawiał się wtedy, czy przywódca nie naszej, złowrogiej rewolucji na cokole to forma interesująca architektonicznie, wkomponowana w perspektywę ulicy albo placu. A tak pomyślany był np. monument przy nowohuckim Placu Centralnym – który po przełomie przemianowany został na Plac im. Ronalda Reagana (co znaczące: nowa nazwa zupełnie nie przyjęła się ani wśród mieszkańców, ani wśród coraz liczniejszych turystów – może więc dla niekłamanego przyjaciela "Solidarności" lepiej było znaleźć miejsce mniej naznaczone poprzednią nazwą). Nowohucki Lenin z charakterystyczną, wysuniętą do przodu nogą i rękami splecionymi na plecach, wiąże się nie tylko z historią komunistycznej propagandy. Do dziś, i to nie tylko po Nowej Hucie, krążą opowieści o antyreżimowych manifestacjach, które gromadziły się pod nim tylko po to, by zwalić figurę w ciężkim, kamiennym płaszczu. O dźwigu, któremu niemal się to udało. Albo o czerwonej farbie, którą "dekorowano" monument, zanim zdążyły pojawić się armatki wodne. Zdarza mi się opowiadać o tym cudzoziemcom, odwołując się do ich wyobraźni – Lenina od dawna nie ma już bowiem w Nowej Hucie. Choć – jak widać – znaczeniowe odniesienia pomnika wcale nie są jednoznaczne, nie ma co żałować, że znikł z pejzażu miasta. Może dlatego, że trudno uwolnić się od uwznioślającej funkcji, jaką – z założenia – pełnią pomniki. Wszak w cesarskim Rzymie po każdym zamachu stanu na popiersia nakładano nowe głowy. W niewielkim miasteczku na Bałkanach podczas wojny jugosłowiańskiej ktoś powalił na ziemię wszystkie rzeźbione portrety, które nie miały serbskiego rodowodu. Z drugiej strony, kiedy przechodzę przez Plac Centralny, czegoś mi brakuje – tak jakby przestrzeń pozostawała niedopełniona. Nie tylko architektonicznie, ale przede wszystkim semantycznie. Paradoksalnie, jakikolwiek nowy element – tablica pamiątkowa, emblematyczny obelisk, albo, nie daj Boże, pomnik amerykańskiego prezydenta – byłby w tej przestrzeni co najmniej dysonansem. I to jest podstawowy problem związany z niechcianym, ale przecież zmaterializowanym dziedzictwem totalitaryzmów, które przewaliły się przez nasze ziemie. Likwidować je czy pozostawić, a więc w pewien sposób "dowartościować"? Problem dotyczy nie tylko stalinizmu (czy szerzej: PRL-u), ale także okresu III Rzeszy, o którym w tym kontekście mówimy znacznie rzadziej. Dziś, dzięki dystansowi czasowemu, możemy już o nich dyskutować bez emocji. Naturalny (i chyba konieczny) moment burzenia narzuconych pomników minął. Co ważne dla potencjalnej debaty: dziedzictwa nie wolno wartościować moralnie. Być może bliższe znaczeniu tego pojęcia jest "świadectwo" niż "zabytek". A świadectwa – jak stare, zdarza się, że pisane wrogim piórem kroniki – podlegają ochronie. Stolica mimo woli Przykładem w obydwu przypadkach służy Kraków – niemal niezniszczony okupacją, ale za to spauperyzowany w okresie powojennym, istotny zarówno dla propagandy nazistowskiej, jak stalinowskiej. Zacząć trzeba od dziedzictwa III Rzeszy – od czasów, gdy miasto jagiellońskie, nieoczekiwanie dla samego siebie, stało się siedzibą władz okupacyjnych, a także mimowolną "konkurencją" dla Warszawy, którą okupanci za wszelką cenę starali się zmarginalizować. "Warszawa, miasto prawie półtoramilionowe, które w roku 1939 złożyło dowody swego nastroju walki – odstraszało Niemców zarówno swą odległością, jak i swą wielkością. (...) Spodziewano się, że pięć razy mniejszy Kraków, położony o półtorej godziny drogi od dawnej granicy, będzie można pochłonąć znacznie szybciej" – pisał tuż po zakończeniu wojny Jan Dąbrowski. Rezydującemu na Wawelu Hansowi Frankowi śnił się wielki, niemiecki Kraków – bez Żydów, z Polakami zepchniętymi za Wisłę. Archiwalia, do których dotarł niedawno prof. Jacek Purchla, wskazują, że Kraków, podobnie jak Linz, Strasburg czy Luksemburg, znajdował się na liście "germańskich" metropolii, które miały zostać unowocześnione – zgodnie z nazistowskimi standardami. Hubert Ritter, absolwent Bauhausu, na potrzeby nazistów przygotowywał plan zagospodarowania przestrzennego dla Krakowa. W widocznych z Wawelu, zrujnowanych Dębnikach stanąć miała monumentalna dzielnica rządowa – "wizytówka Nowych Niemiec na Wschodzie". "Nowe Dębniki" nigdy nie powstały. W Krakowie istnieją jednak materialne ślady Trzeciej Rzeszy – i to nie tylko na Wawelu, gdzie przewodnicy opowiadają turystom o "skrzydle" Hansa Franka. Stoją budynki mieszkalne przy ulicy Królewskiej, zbudowane dla przybyłych do "stolicy" Generalnego Gubernatorstwa urzędników niemieckich. Ba, naziści zmienili nawet nieco wygląd Rynku, przebudowując gmach Feniksa albo wnętrze kamienicy, w której mieściła się siedziba oddziału NSDAP. Co z tym wszystkim zrobić? Można starać się zapomnieć. Stopniowo zabudowywać, zasłaniać, rozbierać to, co zostało. Pytanie: czy warto? Czy w ten sposób nie doprowadzi się do tego, że pamięć o tamtych, strasznych czasach zniknie, albo zamieni się w coś tak nierealnego i abstrakcyjnego, że aż niepotrzebnego, ba, nawet podejrzanego. O wiele prostsze – i skuteczniejsze – wydaje się wpisanie niechcianego dziedzictwa w odpowiednią narrację, opowiadającą nie tylko o historii miasta, ale i o jego teraźniejszości. Przestrzeń władzy Oczywiście w tej kwestii nie da się porównywać doświadczeń polskich i niemieckich – to, co u nas było narzucone przez okupanta, tam stanowiło emanację własnego państwa. Niemiecki kłopot z materialnymi pozostałościami epoki Hitlera jest też nieporównanie większy – nawet jeśli tylko pomyśleć o ich skali. A jednak sposób, w jaki Niemcy zarządzają swoim niechcianym dziedzictwem, może nas czegoś nauczyć – przede wszystkim mądrej odwagi. Problem "ikonicznej przestrzeni nazizmu" świetnie rozwiązuje Norymberga, która propagandowo – jako średniowieczna siedziba cesarska – dla III Rzeszy była wręcz istotniejsza od Berlina. Tu od 1933 r. odbywały się zjazdy partyjne NSDAP. Aby nadać im jak najwięcej blasku, technokratyczny architekt Albert Speer zamienił część miasta (siedmiokrotnie większą niż norymberska starówka) w gigantyczny plac budowy. Powstawały kolejne budowle. Luitpoldarena – plac defiladowy otoczony trybunami dla 150 tys. widzów. Zeppelinfeld – kolejny plac defiladowy z trybunami. Grosse Strasse – dwukilometrowa ulica o szerokości 60 m; czterdziestoosobowe oddziały miały na niej defilować przed Führerem. Wreszcie Kongresshalle, odbijająca się w tafli niewielkiego jeziora, nawiązująca do rzymskiego Koloseum. Nazistom nie udało się dokończyć prac na terenach zjazdów partyjnych (Märzfeld, arena przeznaczona do oglądania parad Wehrmachtu, powstała jedynie w połowie, nie zrealizowano też projektu Stadionu Niemieckiego). Po wojnie miejsce to zaczęło popadać w ruinę, stając się przystanią dla wielbicieli wioślarstwa, piwa i kiełbasek z grilla. Nie oni jednak stanowili problem – najbardziej obawiano się propagandowej siły Parteitagsgelände: młodych ludzi, którzy na ruinach będą chcieli czytać "Mein Kampf". Tymczasem "prawie 50 lat niepewnego omijania tego miejsca, ta nie dająca się przeoczyć spuścizna narodowosocjalistycznej architektury państwowej cicho, lecz uparcie dopominała się refleksji. W końcu stało się jasne, że każda próba uniknięcia dyskusji z historią zawsze będzie częścią tej dyskusji, niepotrzebnie wydłużając ją w nieskończoność. Ponadto wyraźnie wzrosło zainteresowanie ludzi historią tego miejsca. Okazało się też, że zagrożenie, iż zwiedzający mógłby ulec fascynacji tym miejscem, jest stosunkowo niewielkie. O wiele większe ryzyko stanowiło zlekceważenie ciekawości zwiedzających i ich ukształtowanej w innych kontekstach zdolności do krytycznej dyskusji". Autor tych słów, Hans-Christian Täubrich, jest dziś dyrektorem Centrum Dokumentacji Nazizmu, otwartego pod koniec 2001 r. w dawnej Kongresshalle. Zwiedzający mogą tam zobaczyć wstrząsającą wystawę "Faszination und Gewalt", obnażającą źródła powodzenia Hitlera. "Nie wolno i nie powinno się przemilczać historycznej funkcji terenów zjazdów NSDAP – jako ideologicznego pola siania nienawiści rasowej. Z pewnością w tym miejscu stało wielu z tych, którzy później byli faktycznymi sprawcami zbrodni. Na tej samej zasadzie, na jakiej w wielu miejscach, które stały się metaforami ludzkiego cierpienia, wspomina się niezliczone ofiary, zadaniem Norymbergi jest prezentacja okresu zjazdów nazistów, mało chlubnego rozdziału w historii miasta" – mówi Täubrich. Inicjatywa oddolna Czy norymberskie Centrum Dokumentacji Nazizmu może być lekcją dla Warszawy albo Krakowa? Zachowując wszelkie proporcje – tak. Zamiast zastanawiać się nad tym, czy warszawski Pałac Kultury i Nauki jest zabytkiem, czy nie, warto pomyśleć, jak opowiedzieć jego historię ludziom, dla których stalinizm jest abstrakcyjny w takim samym stopniu jak potop szwedzki albo powstanie listopadowe. Na razie w tym (mimo wszystko) prestiżowym miejscu dominują funkcje komercyjne. Dlaczego nie pomyślano o przestrzeni memoratywno-edukacyjnej? Jej elementem mogłyby stać się np. kadry z "Rozmów kontrolowanych", popularnej komedii o stanie wojennym – filmu, którego finałem jest wizja walącego się Pałacu. Tym razem (co ostatnio coraz rzadsze) Kraków zdaje się wyprzedzać Warszawę. Powstał wreszcie oddział Muzeum Historycznego Miasta Krakowa poświęcony Nowej Hucie. Ulokowany na starym osiedlu, wydaje się swojski i prawdomówny. Jego pracownicy przygotowali już znaczące wystawy. Takie jak ta, która pokazała architekturę i twórców miasta idealnego, jakim w założeniu Planu Sześcioletniego miała być Nowa Huta. Albo jak ostatnia, otwarta przed kilkoma dniami, pokazująca działalność nowohuckich designerów – współcześni yuppies zdziwiliby się, wiedząc, jak wyrafinowane estetycznie były tutejsze szyldy, wnętrza bibliotek czy klubów. Andrzej Wajda i Krystyna Zachwatowicz myślą z kolei o projekcie wystawienniczo-edukacyjnym, który młodzieży wychowanej w atmosferze wolności przybliżałby – bez patosu i nostalgii – realia PRL-u. Dogodną przestrzenią dla tych zamierzeń byłyby np. potężne, ale od lat wymarłe pomieszczenia Kina Światowid. Projekt trzeba zrealizować jak najprędzej, niebezpieczną alternatywą jest bowiem klasyczna, łatwo sprzedażna "ostalgia" – obecna już, niestety, w Nowej Hucie, np. w postaci wycieczek oferowanych gościom zagranicznym, którzy mogą objechać postalinowską dzielnicę trabantem, wejść do baru mlecznego i przyjrzeć się robotnikom w dziwacznych fartuchach. Jednak wyraźnie zauważalna w Nowej Hucie zmiana tożsamości stała się możliwa wyłącznie dzięki mieszkańcom niechcianej dzielnicy Krakowa, którzy nagle przestali czuć wstyd i zażenowanie, wynikające z miejsca, w którym przyszło im żyć. Nowa Huta (podobnie jak wcześniej pożydowski Kazimierz) odżyła samodzielnie – przy życzliwym zainteresowaniu zachodnich turystów. To jej mieszkańcy odkryli wartość swojej dzielnicy, sprowadzając tu artystyczne działania teatru "Łaźnia Nowa", a później festiwalu "Sacrum-Profanum". Wiele lat temu, kiedy po raz pierwszy zwiedzałam kombinat metalurgiczny, oprowadzał mnie po nim stary inżynier. Bezczelna młodością, wypominałam mu wszystkie grzechy Nowej Huty ("Pan wie, że w starych zachodnich przewodnikach po Krakowie można przeczytać, iż dłuższy pobyt w tym mieście jest niebezpieczny dla zdrowia – właśnie ze względu na kombinat"). Długo milczał, aż wreszcie powiedział: "Wie pani, ten kombinat to całe moje życie. Życie uczciwej pracy". Takim ludziom należy się obiektywna i mądra opowieść o miejscu, które – niewinnie – współtworzyli. Źródło: TP

Podepnij swój artykuł

tagi

Szkoła z betonu od Zbigniewa Maćkowa
Szkoła z betonu od Zbigniewa Maćkowa

V Liceum Ogólnokształcące we Wrocławiu – to realizacja architektoniczna warta uwagi z wielu powodów. ...

Dom jednorodzinny JRV2 z drewna i betonu ze studia de.materia
Dom jednorodzinny JRV2 z drewna i betonu ze studia de.materia

Projekt architektoniczny tego domu jednorodzinnego zdeterminowało jego położenie: na stoku skarpy, n ...

Budynek jako pomnik
Budynek jako pomnik

Budynek – pomnik, miejsce pamięci połączone z dziełem architektonicznym – to pomysł, który nie jest ...

KOMENTARZE
Komentarze
Brak komentarzy
Zaloguj się, aby dodać komentarz

Nie przegap okazji!!!

zapisz się do naszego newslettera