Chcesz być na bieżąco? Zapisz się do naszego newslettera


Przyroda uporządkowana

 

Czas czytania: ~8 min


Najpiękniejszym dotknięciem Paryża nie jest ani Montmartre, ani Montparnasse, ale ogrody – i to wcale nie te najbardziej imponujące, wpisane w kanon obowiązku. Pełen turystów Wersal nie pozwala odkryć zwyczajności wypielęgnowanych, wypełnionych roślinami i monumentami ogrodów Paryża. A przecież dla przeciętnego Francuza w równym stopniu stanowią one element dnia codziennego, co bagietka i wino. Do ogrodu nie przychodzi się od święta, na rodzinny spacer, ale wpada ot tak, na chwilę – rano, żeby poćwiczyć tai-chi, w południe z papierową torebką, w której znajduje się lunch, wieczorem, żeby skrócić sobie drogę do metra. Dlatego mimo perfekcjonizmu formy, usilnych, czasem kilkuwiekowych starań, by przekształcić naturę w kulturę, mimo pozornej odświętności – Ogrody Luksemburskie, Jardin des Plantes, a nawet technologiczny Parc de la Villette pozostają najbardziej nieprzewidywalnym elementem miasta. To znaczące, że w tych miejscach nie szuka się – jak na krakowskich Plantach – zacienionej ławki, ale wolnego, metalowego krzesła, z którym bez wyrzutów sumienia można wejść na dobrze przystrzyżony trawnik i które pomoże lepiej przyjrzeć się pokrytemu mchem posągowi Chopina. Przenośne metalowe krzesełko ułatwia też życie towarzyskie – tu nie jest nietaktem bezinteresowne zagadnięcie nieznajomego, który usiadł w pobliżu. I wydaje się, że statystyczny Francuz zapomina w ogrodzie, że przynależy do „La Grande Nation”, i zdarza mu się nawet zapytać, co porabia dziś „ce Valeza”. W strukturę i hierarchię francuskich ogrodów wchodzić trzeba pomału. Najlepiej zacząć od Ogrodów Luksemburskich. Znacznie wyraźniej niż Wersal pokazują francuskie pomieszanie przeszłości i teraźniejszości, a zarazem tego, co „noblesse”, z tym, co „bourgois”. A jak bardzo aktualną pozostaje to kwestią, przekona się każdy, kto przy obiedzie zada francuskim gospodarzom niewinne z pozoru pytanie: co mocniej wpłynęło na dzisiejszą Francję: monarchia absolutna, rewolucja czy Napoleon? Można przypuszczać, że sprowokuje się rodzinną awanturę. Ogród jako metafora debat o francuskiej tożsamości? Jedno jest pewne: cudzoziemiec uniknie nietaktu, jeśli z wizyty w Ogrodach – a są one świadkami historii przynajmniej od początku XVII w. – wyciągnie odpowiednią lekcję. Spacerujemy między Fontanną Medyceuszy a pomnikiem Delacroix, między zazdrosnym, kamiennym Cyklopem a Ledą, splecioną w namiętnym uścisku z łabędziem; między rzędami równo przyciętych platanów i wyrafinowanymi kolorystycznie dywanami kwiatów, zmieniającymi się w zależności od pory roku. Mało turystów. Wokół słychać paryżan (ci starsi, mieszkający nad Sekwaną od pokoleń, używają jeszcze niezrównanego, pobudzającego słownikową wyobraźnię żargonu stolicy – często dosadnego, nigdy jednak nie wulgarnego). I cały czas mamy przed oczami Pałac zbudowany przez Salomona de Brosse. Pałac, który bardziej niż z Paryżem mógłby się kojarzyć z Florencją. Pałac, który jest świadkiem chwały i upadku swojej twórczyni – Marii Medycejskiej. Królowa-matka nie nacieszyła się nim długo: ośmieliła się otwarcie wystąpić przeciw kardynałowi Richelieu, co zakończyło się dla niej śmiercią na wygnaniu. Pałac nie przyniósł także szczęścia przywódcom Rewolucji – gdy w okresie Terroru znalazła w nim siedzibę „bezpieka”, przez pałac-więzienie przewinęli się, skazani na gilotynę, Desmoulins, Danton, Hebert. Z okien widzieli być może – jak swoiste memento – Fontannę Medyceuszy. Pamiętając o tych historiach, przypomina się jeszcze jedna: tereny, na których powstał później otoczony ogrodami Pałac, w średniowieczu obudziły niepokój św. Ludwika, który kazał poddać je egzorcyzmom i „wygnać zielonego diabła”. Chyba się to udało, skoro ostatecznie, po dziejowych zawieruchach znalazł tu siedzibę francuski Senat... Zupełnie inna atmosfera panuje w Jardin des Plantes: o wiele mniej w nim architektury, o wiele więcej botaniki. To jakby żywa, naturalna ilustracja dla oświeceniowego dzieła francuskich Encyklopedystów. Choćby tylko do monumentalnej, trzydziestosiedmiotomowej „Historii naturalnej” Buffona – choć początki tego ogrodu sięgają czasów nieco wcześniejszych: zgodę na powstanie „Królewskiego ogrodu roślin lekarskich” otrzymali medycy Héroard i Gui de La Brosse jeszcze w 1626 r. – od samego Ludwika XIII. Inaczej też chodzi się po tym ogrodzie: żadnego przysiadania gdziekolwiek, żadnej nonszalancji, żadnego rozbiegania. Wszystko symetryczne, dokładnie wymierzone, prostopadłe bądź równoległe – zarówno ścieżki, jak i rabatki. Wydaje się, że nawet grudki ziemi na grządkach i opadające płatki róż zostały przeliczone i skatalogowane. Matematyczność Jardin des Plantes ma jednak ogromny urok – spacer po tym miejscu jest przede wszystkim przyjemnością intelektualną. Tak jak przyjemnością intelektualną bywały w XVIII w. pierwsze wyprawy archeologiczne. I nie chodzi nawet o to, że możemy wejść do Galerii Paleobotanicznej, by zobaczyć gigantyczny pień sekwoi amerykańskiej sprzed ponad 2 tys. lat. Albo do tajemniczego Vivarium, gdzie podgląda się życie tysięcy najrozmaitszych mikrobów. „Archeologią” wydaje się czasem to, co najprostsze i najpowszedniejsze – choćby alpejska część Jardin des Plantes, gdzie nadal rośnie drzewo pistacjowe zasadzone ok. 1700 r. I gdzie oprócz roślinności z regionów górzystych, na własne oczy zobaczyć można marokańskie kwiaty funkcjonujące jak zegar słoneczny: obracające się w rytm mijających godzin. Bo Jardin des Plantes ma jeszcze jeden – politycznie niepoprawny – aspekt: przypomina o afrykańsko-azjatyckich dziejach Francji kolonialnej. Kiedy zaś z ogrodu patrzy się na miasto, nieodmiennie przychodzi do głowy myśl o jego współczesnej globalności: dominantą pejzażu jest bowiem znakomita, szklano-aluminiowa architektura Instytutu Świata Arabskiego, zbudowanego przez Jeana Nouvela z inicjatywy rządu francuskiego i dwudziestu krajów arabskich. Stąd prosta już droga do trzeciego paryskiego ogrodu – do la Villette. Zdaniem niektórych to ogród najbardziej szalony – szalony, bo łączący to, co naturalne, z tym, co technologiczne. Zadziwiający jest nie tylko jego kontekst architektoniczny: La Géode, wielka mieniąca się stalą kula o średnicy 36 metrów, uniesiona na żelbetonowych podporach i otoczona basenem z wodą. W popularnym przewodniku Michelina ta nowoczesna konstrukcja zyskała prestiżowe trzy gwiazdki – jako arcydzieło współczesnej techniki (w środku mieści się ruchoma widownia i ekran hemisferyczny). Obok gigantycznej kuli znalazły się Centrum Nauki i Przemysłu, pawilon ekspozycyjny w „Argonaucie” – dawnym okręcie podwodnym, sala koncertowa... W tę arcynowoczesną architekturę wchodzi się poprzez zieleń – potraktowaną jednak przez Bernarda Tschumi, autora koncepcji La Villette, w sposób jakby industrialny, poprzez przyrodę podporządkowaną – niczym dobrze prosperujące, współczesne przedsiębiorstwo – wygodnym osiom komunikacyjnym, podzieloną na odseparowane od siebie, użyteczne funkcje. Czytam, że o kształcie parku dyskutowali nie tylko architekci, ale i filozofowie. I że w tę debatę zaangażował się sam Jacques Derrida – podobno chciał uczynić z La Villette rodzaj traktatu o postmodernizmie. Czy mu się to udało? Francuz przychodzi tu w konkretnym celu: posłuchać muzyki w pawilonie „Zenith” albo studiować muzykę w Paryskim Konserwatorium, prowadzić interesy w Centrum Wystawienniczo-Handlowym albo zapewnić dzieciom rozrywkę. La Villette ma w sobie coś korporacyjnego. I tak jak korporacja – zdarza się, że uwodzi. *** Kiedy wróciłam do Krakowa, przypomniałam sobie szkolną wycieczkę do Puław. Tam też jest park pełen symbolicznych znaczeń, stworzony przez księżnę Izabelę Czartoryską. Na przełomie XVIII i XIX w. w jej posiadłości stanęły Dom Gotycki i Świątynia Sybilli – pierwsze polskie muzeum, wpisane w przyrodę uporządkowaną (zgodnie z zaleceniami samego Jana Jakuba Rousseau) w taki sposób, by oddziaływała na emocje. Do tego doszły jeszcze: pawilon chiński, schody angielskie z wodną kaskadą, łuk triumfalny, oranżeria w stylu doryckim, groty i stylowe mostki, pałacyk w kształcie wersalskiego Trianonu, rotundowy kościółek... Przestrzenie spotkania i przestrzenie samotności, tajemnicy i dyskursu. Jan Piotr Norblin, spolszczony Francuz i nadworny malarz książąt, wytrwale dokumentował puławskie życie: intymne spotkania w zacienionych alejkach, rozdyskutowanych mężczyzn i kobiety w słomkowych kapeluszach, plenerowe koncerty i wystawne pikniki. W bibliotece rodziców znalazłam wydany w latach 60. „Rejestr ogrodów polskich”. Na okładce każdego tomu znajduje się intrygująca reprodukcja tej samej ryciny Wojciecha Gersona „Zabawa w parku łazienkowskim w dniu 28 lipca r.b. na dochód dotkniętych powodzią mieszkańców Powiśla”. Na sztucznym jeziorze widać niewielkie łódki; przed Oranżerią rozstawiono eleganckie altany; po alejkach spacerują „towarzystwa”. Pierwodruk ryciny ukazał się w „Kłosach” trzy lata po upadku powstania styczniowego. Przeglądając „Rejestr”, raz po raz napotykałam znajomą nazwę, której towarzyszył plan, a obok krótka informacja: „inwentaryzacja” albo „rekonstrukcja” – niestety, znacznie częściej pojawiało się to drugie określenie. Oczywiście, robi się smutno, kiedy ogląda się pełen rozmachu plan od dawna nieistniejącego ogrodu, który znajdował się przy pałacu królewskim w podkrakowskim Łobzowie (architekt nie zapomniał nawet o kopcu widokowym, z którego można było oglądać geometryczne, parterowe kwatery obsadzone niską roślinnością, sadzawki, meander przepływającej tuż obok Wisły). Ale znacznie smutniej robi się, gdy pomyśli się o ogrodach takich, jak ten w Puławach – zachowanych, z których umknęło jednak życie. Najgorsze zaś, że nie pojawiła się żadna nowa jakość. Owszem, zdarza się, że właściciele odzyskiwanych dworów i pałacyków heroicznie próbują odtworzyć dawne parki. Symptomatyczne jest jednak coś innego: po 1989 r. powstał w Krakowie jeden tylko park publiczny. Niewykluczone, że będzie mniejszy, niż pierwotnie przewidywano: znajduje się na działce, którą interesują się deweloperzy. Czy rozpoczęte 6 czerwca tygodniowe Święto Ogrodów zmieni coś w naszej mentalności? Agnieszka Sabor, Tygodnik Powszechny

Podepnij swój artykuł

tagi

Przedszkole w Lądku-Zdroju
Przedszkole w Lądku-Zdroju

Przedszkole w Lądku-Zdroju powstało dla 180 dzieci. Miało pomieścić – poza salami dla kilkulatków – ...

Webinarium: VELUX Archi-Vizje: Światło w architekturze 21.06.2018
Webinarium: VELUX Archi-Vizje: Światło w architekturze 21.06.2018

Zapraszamy 21 czerwca 2018 na bezpłatne szkolenie dla architektów, którego tematem będzie: „VELUX Ar ...

Mundial 2018 – gdzie grają piłkarze
Mundial 2018 – gdzie grają piłkarze

Mundial 2018 wzbudza sporo kontrowersji, krytykowana jest lokalizacja mistrzostw (choćby to, że Rosj ...

KOMENTARZE
Komentarze
Brak komentarzy
Zaloguj się, aby dodać komentarz

Nie przegap okazji!!!

zapisz się do naszego newslettera