Rzemiosło, pragmatyzm i podróż do wnętrza ziemi: 10 lat Pole Architekci
Data dodania: 11.05.2026 Czas czytania: ~ 9 min
Państwa głos został zapisany. Głosować można raz na 24 godzinny na jeden obiekt z wybranej kategorii.
Chcesz być na bieżąco? Zapisz się do naszego newslettera
Data dodania: 11.05.2026 Czas czytania: ~ 9 min
O zakładaniu biura, zbieraniu doświadczeń, ambitnym zagęszczaniu miast oraz jakości przestrzeni rozmawiamy z Bartłomiejem Popielą z biura Pole Archiekci - laureatami Plebiscytu Polska Architektura XXL 2024 w kategorii kubatura.
SZA: Spotykamy się w momencie szczególnym – Państwa pracownia świętuje właśnie dziesięciolecie istnienia. Patrząc wstecz na te dziesięć lat, ta historia wydaje się niemal romantyczna: trzech kolegów ze studiów na Politechnice Krakowskiej zakłada biuro, ale zamiast w rodzinnym Krakowie, wybieracie Warszawę. Jak to się właściwie zaczęło?
Bartłomiej Popiela (BP): Tak, to prawda, razem z Wojciechem Gajewskim i Łukaszem Gniewkiem studiowaliśmy na Politechnice Krakowskiej i choć Wojtek był na innym roku, to wspólne startowanie w konkursach i wspólne projektowanie sprawiło, że szybko odnaleźliśmy wspólny język. Oczywiście, jak każdy młody architekt po studiach, chcieliśmy początkowo „zmieniać świat” i dokonywać rzeczy wielkich, ale pragmatyzm kazał nam najpierw zdobyć niezbędne doświadczenie i uprawnienia, by móc w pełni świadomie prowadzić ten zawód. Decyzja o założeniu własnej firmy w Warszawie nie była planowana od samego początku, ale z perspektywy czasu te 10 lat zleciało nam nie wiadomo kiedy. Przez ten czas nauczyliśmy się nie tylko bardzo dużo o samej architekturze, ale przede wszystkim o współpracy i o nas samych, bo prowadzenie biura w trio to ciągłe stawianie sobie nowych wyzwań.
SZA: Pierwszym głośnym sygnałem Państwa obecności w stolicy było „małe zamieszanie” w centrum miasta. Chodzi oczywiście o projekt wnętrza lokalu „Zamieszanie”, ale niemal równolegle pojawił się projekt, który stał się Waszą wizytówką – słynny „Dom Baby Jagi”.
BP: Można tak powiedzieć, choć status organizacyjny tych projektów był różny. „Zamieszanie” było projektem wnętrza, natomiast „Dom Baby Jagi” był naszym pierwszym autentycznym „głosem” w architektonicznej sprawie w skali outdoorowej. Co istotne, ten mały obiekt kubaturowy był dla nas przyczynkiem do tego, by wyjść zza komputerów i doświadczyć realnej budowy na własnej skórze. Początkowo wcale nie planowaliśmy seryjnej produkcji tego domku; miał to być koncept sprawdzający nasze wizje. Sukces i ogromne zainteresowanie, jakie wzbudził, kompletnie nas zaskoczyły – ludzie zaczęli pytać nie tylko o projekt, ale wręcz o możliwość wynajmu. Dziś spółka Dom Baby Jagi to prężna odnoga naszej działalności, a domki, które opatentowaliśmy pod kątem technologicznym, wysyłamy już za granicę. Stał się to nasz towar eksportowy, który idealnie wpisał się w ogólnoświatowy trend „cabin porn”, czyli małych schronień w bliskim kontakcie z naturą.
SZA: To podejście do architektury rekreacyjnej sprawiło, że Pole Architekci znaleźli się na „jednej półce” z kultowym projektem „Brdy”. Jak Pan ocenia dzisiejszy rynek „second homes” w Polsce?
Bartłomiej Popiela: To dla nas wielkie wyróżnienie, zwłaszcza że „Brda” to obiekt archetypiczny dla polskiej rekreacji lat 60. i 70. Dziś ten rynek stał się kolejną gałęzią gospodarki. Widzimy jednak, że trendy szybko się zmieniają – po pandemii idea „second home” mocno się upowszechniła, a dziś coraz częściej rozmawiamy już o „third home”, często lokalizowanym za granicą, na przykład w Hiszpanii. Jako architekci jesteśmy tu pewnego rodzaju papierkiem lakmusowym gospodarki. To do nas pierwsi przychodzą inwestorzy z pomysłami, a my widzimy, jak np. reagują na konflikty czy zagrożenia geopolityczne. Przykładowo, osoby wcześniej zainteresowane Mazurami czy Podlasiem nagle zaczęły przewartościowywać swoje decyzje, szukając bezpieczeństwa w innych regionach. My staramy się na to reagować, projektując nie tylko domki, ale i większe założenia apartamentowe czy hotelowe.
SZA: Skupiliście się Państwo jednak nie tylko na rekreacji, ale i na ambitnym mieszkalnictwie wielorodzinnym w mieście. Realizacje takie jak „Potocka” czy „La Skala” na Mokotowie pokazują, że potraficie odnaleźć się w gęstej, często trudnej tkance miejskiej.
BP: Tak, celowo wybraliśmy mniejszą skalę mieszkalnictwa wielorodzinnego, bo tam widzieliśmy dla siebie autentyczną przestrzeń i naszą niszę. Podczas gdy „duży tort” deweloperski jest już w Polsce dawno podzielony między największych graczy, my odnaleźliśmy się w projektowaniu obiektów o charakterze bardziej kameralnym, ale za to niezwykle wymagającym.
Te projekty zawsze są trudne – każda taka działka to pole z jakimś ukrytym „problemem”, ograniczeniami planu miejscowego czy trudnym sąsiedztwem. Często są to lokalizacje, które inni inwestorzy omijali, sądząc, że nie da się tam zbudować nic sensownego. Dla nas jednak te ograniczenia nie są przeszkodą, lecz pretekstem do stworzenia czegoś unikatowego. Doskonałym przykładem jest projekt „La Skala” przy ul. Madalińskiego na warszawskim Mokotowie. To koncepcja, która dojrzewała w naszych głowach i u różnych inwestorów przez sześć lat, zanim firma Mota-Engil zdecydowała się w nią wejść. Początkowo sądzono, że na tej działce – ze względu na warunki techniczne – mogą powstać jedynie dwie kondygnacje. My jednak udowodniliśmy, że można tam stworzyć pełnowartościowy, ambitny budynek.
Forma „La Skali”, jej charakterystyczna schodkowa struktura, nie była jedynie zabiegiem estetycznym. Wynikała bezpośrednio z rygorystycznych ograniczeń planu oraz warunków technicznych dotyczących przesłaniania i dostępu do światła dla sąsiednich budynków. Musieliśmy meandrować między przepisami prawa, interesem inwestora a oczekiwaniami sąsiedztwa, co jest procesem wyczerpującym, ale dającym ogromną satysfakcję, gdy finał jest spójny z pierwotną wizją.
W warstwie estetycznej postawiliśmy na bardzo czystą, białą architekturę, która nam kojarzyła się z Portugalią. Co ciekawe, ten „portugalski sznyt” prawdopodobnie pomógł nam przekonać do projektu inwestora z tamtejszym kapitałem, który zaufał naszej wizji i niemal nic nie zmienił w koncepcji od pierwszych kresek. Chcieliśmy, by budynek wpisywał się w modernistyczne tradycje Mokotowa, nawiązując do takich ikon jak pobliska kamienica dla Wedla projektu Żurawskiego.
Realizacje te wpisują się w naszą szerszą filozofię urbanistyczną. Uważamy, że dogęszczanie miast i uzupełnianie tkanki miejskiej jest koniecznością. Jeśli nie będziemy racjonalnie wykorzystywać wolnych przestrzeni w centrum, będziemy skazani na „drukowanie” identycznych domków po horyzont na przedmieściach. Takie rozlewanie się miast generuje gigantyczne koszty infrastrukturalne dla budżetu państwa i samorządów – od uzbrajania terenu po komunikację. Jako architekci staramy się więc udowadniać, że nawet na najtrudniejszej działce, dzięki mądremu rzemiosłu, można stworzyć architekturę, która służy miastu i podnosi jakość życia mieszkańców.
SZA: Mówiąc o sąsiedztwie, nie sposób nie wspomnieć o kontrowersjach wokół realizacji przy ul. Księcia Janusza w Warszawie. Zarzucano Państwu, że budynek stanął zbyt blisko starego bloku. Jak Pan odpowie na te głosy?
BP: To sytuacja, w której musieliśmy zmierzyć się z różnymi interesami. Działaliśmy ściśle według planu miejscowego, który zakładał uzupełnienie pierzei. Co więcej, nie wykorzystaliśmy nawet w pełni dopuszczalnej wysokości, by uszanować sąsiedztwo. Odległości tam wynoszą od 13 do 20 metrów – to standardy, za które w centrach miast płaci się ogromne kwoty, a my tu operowaliśmy na gruntach spółdzielczych. Ludzie boją się zmian, ale z urbanistycznego punktu widzenia dogęszczanie miast jest koniecznością. Jeśli nie będziemy uzupełniać tkanki miejskiej, będziemy wspierać rozlewanie się miasta. Architekt musi w tym wszystkim meandrować między prawem, wizją a oczekiwaniami społecznymi, co kosztuje mnóstwo energii oraz wymaga empatii w stosunku do wszystkich grup interesariuszy procesu projektowego.
SZA: Waszym największym sukcesem w budowie obiektów użyteczności publicznej jest Tatrzańskie Archiwum Planety Ziemia w Kościelisku. To projekt niezwykły, bo niemal niewidoczny z powierzchni.
BP: Tatrzańskie Archiwum Planety Ziemia (TAPZ) to projekt, który wygraliśmy w przetargu dla TPN-u i był on dla nas ogromnym wyzwaniem. Plan miejscowy pozwalał tam na zabudowę nadziemną jedynie 35 m², podczas gdy program funkcjonalny zakładał obiekt o powierzchni 1000 m². Nie mieliśmy wyjścia – musieliśmy „wkopać się” w ziemię. Na powierzchni stoi tylko rekonstrukcja starej chaty górskiej, która pełni funkcję wejścia i przestrzeni technicznej. Cała reszta to podróż do wnętrza ziemi, gdzie ściany nawiązują do skał, które miliony lat temu znajdowały się na równiku i były skryte pod wodą. To była ekstremalnie trudna budowa – fundamenty realizowano metodą podwodną w korycie dawnej rzeki. Za ten projekt, w którym beton odegrał kluczową rolę, otrzymaliśmy prestiżową nagrodę od stowarzyszenia budownictwa betonowego.
SZA: Po 10 latach pracy, jakie wyzwania widzi Pan przed biurem na kolejną dekadę? Czy w dobie AI i rosnących kosztów budownictwa architektura musi się zmienić?
BP: Jesteśmy w momencie, w którym warto się zatrzymać i przewartościować pewne kwestie. Nadal mamy w sobie dużo pasji, ale dziś mocno skupiamy się na organizacji pracy i efektywności finansowej. Wprowadzamy narzędzia AI, które mają przyspieszyć projektowanie, podobnie jak kiedyś zrobiły to komputery, zastępując hale pełne kreślarzy. Technologia AI to dla nas narzędzie, które pozwala optymalizować pracę, by ceny mieszkań nie rosły w nieskończoność. Pracujemy też nad technologiami prefabrykacji, by kontrolować jakość i czas budowy.
SZA: Jaki jest dzisiejszy „manifest architektoniczny” pracowni Pole Architekci? Gdzie szukacie własnej ścieżki rozwoju?
BP: Wracamy do mądrego, inteligentnego rzemiosła architektury, gdzie detal, kontekstowość i zrównoważenie są kluczowe. Chcemy tworzyć rzeczy skrojone na miarę. Bardzo bliska jest nam też idea budownictwa społecznego z dwudziestolecia międzywojennego.. Państwo i samorządy powinny dawać realną alternatywę dla budownictwa deweloperskiego, bo dziś rozpiętość cen za metr kwadratowy – od 8 do 100 tysięcy złotych – jest trudna do ogarnięcia dla normalnego człowieka. Architektura powinna służyć polepszaniu jakości życia, a my w Pole Architekci chcemy walczyć o tę jakość.
Bardzo dziękujemy za rozmowę ! Rozmawiał: Krzysztof Sołoducha
Zobacz wersję video rozmowy na naszym kanale Youtube !
Podoba Ci się nasza działalność ? Postaw kawę dla Grupy Sztuka Architektury!
Skromne muzeum ukryte w sadzie pod Hanoi zdobyło główną nagrodę w konkursie architektury ceglanej Br ...
Miejskie pływalnie to zazwyczaj tzw. architektura tła - płaskie klocki z blachy i szkła, które w mie ...
Robiono tu codzienne zakupy, dziś stoją tu warte miliony, monumentalne rzeźby z brązu i marmuru. Zwy ...
O zakładaniu biura, zbieraniu...
Europa starzeje się w tempie,...
PLGBC opublikowało raport „Zró...
W dobie chronicznego stresu i...
ZOBACZ WSZYSTKIE
Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...
Komentarze
Zaloguj się, aby dodać komentarz